Prawo do palenia, czy prawo własności?

Wpis z dnia 24.04.2006, umieszczony w kategorii "Ekonomia, Filozofia, idee i społeczeństwo".

Zainspirowany tekstem Ninosa Maleka pt. “Where There’s Smoke, You Don’t Have to Be” zamieszczonym na Mises.org, postanowiłem napisać coś na ten temat.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że jestem osobą niepalącą, co więcej - wcale nie lubię biernie wdychać papierosowego dymu, więc trudno posądzić mnie w tej kwestii o stronniczość (na rzecz palących oczywiście).

Kwestia, nad którą chciałbym się w tej chwili zatrzymać, to tendencja legislacyjna do wprowadzania zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych.

Wychodząc od prawa do własności swojego ciała – chyba nikt nie ma wątpliwości, że osoba mająca takie prawo może podjąć decyzję, czy zapali papierosa, czy nie. Oczywiście od razu wielu ludzi zauważy, że nie zawsze ta osoba jest uprawniona żeby to zrobić. Dlaczego?

Dlatego, że żeby cokolwiek zrobić musimy wykorzystywać czyjąś własność – jeśli to robimy, to musimy w pełni respektować prawo własności jej posiadacza (oczywiście wiadomo, że możemy wykorzystywać swoją własność).

Jeśli zapytamy kogokolwiek, czy można zabronić osobie dorosłej palenia papierosów w swoim własnym mieszkaniu, to z pewnością usłyszymy odpowiedź odmowną. Jeśli jednak takie samo pytanie zadamy, ale odnośnie, dajmy na to, właściciela prywatnej restauracji? Tu już odpowiedzi będą różne.

I tu dochodzimy to najbardziej widocznego przejawu problemu. Czy państwo może zakazać właścicielom wykorzystywania ich własności w sposób, który w żaden sposób nie jest niezgodny z prawem naturalnym?

Weźmy na przykład restaurację Przysmak, której właścicielem jest Kowalski. Kowalski nie ma nic przeciwko paleniu w swojej restauracji (z jakich przyczyn – to nie ma znaczenia), lojalnie jednak uprzedza klientów (i potencjalnych pracowników!), że w tym lokalu można palić. Czy on zmusza kogokolwiek, kto sobie tego nie życzy, do wdychania dymu tytoniowego? Oczywiście nie.

Nikt nie może mieć do Kowalskiego żadnych pretensji z tego tytułu, ponieważ nie ma tu żadnych ofiar. Wszyscy są świadomi i podejmują decyzję.

Innym przykładem może być Burger Iksińskiego. Iksiński zdecydował, że w jego lokalu nie będzie można palić (znowu – motywy nie mają tu znaczenia – ważne jest tylko, że ma on święte PRAWO, by tak zadecydować), i on tez lojalnie uprzedza wszystkich wywieszając tabliczkę, że u niego palić nie wolno. Czy narusza on czyjeś prawa? Nie, ponieważ mamy tu do czynienia z jego własnością i – po raz kolejny – z całkowitym brakiem przymusu (nikt nie musi tu wchodzić jeśli nie chce).

Tam gdzie nie ma przymusu, nie może być mowy o pogwałceniu praw drugiej osoby.

Podobnie jest z dyskryminacją, jej przeciwnicy chcą ograniczać święte prawo własności każdego człowieka. Dlaczego ma mi nie być wolno nie zatrudniać białych (albo czarnych, albo noszących kolorowe skarpetki, albo takich, którym źle z oczy patrzy), nie zależnie z jakich przyczyn? Czy jest sprawiedliwe ZMUSZAĆ mnie do tego bym płacił komuś, jeśli tego nie chcę? Jest to zamach na prawa naturalne.

Niestety przyszło nam żyć w czasach, w których prawo własności, będące podstawą stosunków społecznych, jest zupełnie lekceważone. Oczywiście, ktoś może chcieć argumentować, że nie „zupełnie”. Ale co nam z tego, że „demokratycznie” zostawia się nam z tego prawa okrojony ochłap, który można w każdej chwili okroić jeszcze bardziej?

Na sam koniec chciałbym dodać, że ponieważ żyjemy w państwie demokratycznym i istnieje duża sfera własności państwowej (samorządność to fikcja) - pozostaje problem z tym, jakie zasady mają obowiązywać co do palenia np. na przystankach, czy w autobusach. Jako, że jestem legalistą uważam, że ponieważ właścicielem jest państwo to ma ono prawo tę kwestię regulować. Gdybyśmy odrzucili takie rozwiązanie (czyli zabralibyśmy państwu prawo do własności), to nie byłaby anarchia, tylko chaos (bot znowu tworzymy wyłom w prawie własności). Oczywiście ja stoję na stanowisku, że wszelkie tzw. “miejsca publiczne” powinny być prywatne, wtedy problem by nie istniał.

— 24/04/2006 | Trackback

Komentarzy: 4

  1. Krzysztof Jurewicz powiedział/a:

    Państwo jest nie tyle właścicielem, co złodziejem. Ulica nie należy do państwa i państwo nie ma prawa nią rozporządzać (co nie znaczy, że nie powinno, skoro już ją ukradło).

  2. Mikołaj Barczentewicz powiedział/a:

    Oczywiście w ogromnej mierze państwo dokonało kradzieży, ale jak już napisałem wyżej niezaleznie od wszystkiego jest ono teraz w posiadaniu tych miejsc, więc teraz już się musi tym zająć.

    Co z drugiej strony nie znaczy, że nie należy dokonać prywatyzacji i reprywatyzacji (gdzie to możliwe) - mówię jedynie o styuacji obecnej.

  3. Nowy projekt zakazu palenia w Polsce » Barczentewicz.com powiedział/a:

    […] Pisałem o tym niedawno i nie będę się powielał. Zainteresowanych odsyłam: Prawo do palenia, czy prawo własności? […]

  4. Ariel powiedział/a:

    Ciekawy artykul. Mieszkam w Anglii wiec sprawa zakazu palenia w lokalach jest mi bliska. Przyznam sie, ze bardzo lubie przesiadywac w kawiarniach - bardzej nie z pubach - i wlasnie z papierosem w reku. W Anglii sie to skonczylo. Rzad wydal tu OGROMNA ilosc pieniedzy na odpowiednia propagande i manipulacje (np. 26% jest przeciw, 26% za wyodrebieniem lokali dla palacych, 48% za wprowadzeniem calkiwitego zakazu = 74% chce zakazu). Od wprwadzenia zakazu palenia w Irlandii padlo ponad 1200 lokali, w Szkocji okolo 600 (wezmy tez pod uwage, iz w krajach tych mieszka zaledwie kilka milionow sob). Ministerstwa Zdrowia tych krajow uwazaja, iz nie ma powodow aby laczyc bankructwo lokali i zakaz palenia… Zycie towarzyskie sie zmienilo i to bardzo. Nie bede opisywal “ukrytych pubow” gdyz ni wypada.
    Spoleczenstwo sie z tym jakos pogodzilo, ale nie ma w tym nic dziwnego. Owcze zachowania sa tu powszechne, prawie nikt niczego nie kwestionuje. Ale w sumie to nie o tym chcialem pisac. W Polsce kwestia ochrony wlasnosci sie sejm specjalnie nie wydaje przejmowac (tak jak kwestia badan szkodliwosci biernego palenia) jedak w UK jest to tamat wazny. Nie zabrania sie tu wlascicielowi lokalu czegos ale prawo ma chrnic pracujacych w pubach i kawiarniach. Chodzi wiec o ochrone pracownikow co ma odpowiednie podstawy. Problem jednak w tym, ze niektore miejsca, jak shisha-bary sa stworzne wlasnie po to aby palic w nich tyton. Ochronilismy pracownikow ktorzy jednoczesnie dzieki tej ochronie traca prace, wiec… nieco bez sensu sie zrobilo. Oczywiscie rozwiazaniem sensownym bylby rodzaj kompromisu - czyli specjalnie wydzielone pomieszczenia dla palacyach i pozwolenie na palenie w przypadku wlasciwiej wentylacji w lokalu. Ale tez musze przyznac kolejny nonsens, jesli wlasciciel jest sam pracownikiem to prawo chroni go przed nim samym… Tak jest np. w samochodach dostawczych.
    Nie ma wiec co ukrywac, to nie o ochrone pracownikow i zdrowia chodzi, ale o to, ze niepalacy chcieliby wreszcie chodzic do lolaki gdzie sie nie pali i ktore nie swieca pustkami i… rodzaj dziwnej nienawisci w kierunu palaczy. Nieco tego nie rozumiem, ale jestem palaczem wiec widze rzeczy z przeciwnej strony barykady.

Pozostaw komentarz

Możesz używać tych tagów XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>