Przeciwko tanim miejscom parkingowym

W powszechnym postrzeganiu problemów z którymi borykają się mieszkańcy miast jako dogmat przyjmowane jest, że drogi są złe i miejsc parkingowych dla samochodów jest za mało. Są tacy, którzy wręcz rozbudowaną infrastrukturę drogową traktują jako swoje “prawo”. Nie jest żadną tajemnicą, że często grupy interesu posługują się pojęciem “praw im należnych”, gdy brakuje im rzeczowych argumentów, które mogłyby przekonać tych, którzy w ostatecznym rachunku za “realizację” tych “praw” będą musieli zapłacić. Tak właśnie jest w przypadku miejsc parkingowych, o czym pisze ekonomista Tyler Cowen na stronie The New York Times.

Nie jest moim celem powtarzanie ekonomicznej argumentacji przeciwko subsydiom, regulacjom ustalającym minimalne ilości miejsc parkingowych, itd. Jest to bardzo prosta ekonomia, co oczywiście oznacza, że przerasta możliwości pojmowania tzw. “opinii publicznej”. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianego artykułu Cowena.

Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że w Warszawie mamy do czynienia z patologiczną sytuacją dużej ilości tanich (niemal darmowych) miejsc parkingowych. Oczywiście, nie ma znaczenia ile wynosi cena “oficjalna”. Problemem jest jaki koszt w swojej kalkulacji ekonomincznej musi uwzględniać każdy warszawski kierowca. Pomijając kwestię abonamentów dla mieszkańców (pytanie dlaczego ktoś kto mieszka w centrum ma być z tego tytułu dotowany), jak podało ostatnio “Życie Warszawy” jedynie 3,3% niepłacących za postój dostaje mandaty, co oznacza, że nikt rozsądny za postój płacić nie powinien.

Nawet jeśli by podniesiono realne ceny parkingów miejskich (tzn. zwiększono ten śmieszny odsetek i jednocześnie zmieniono cenniki), to i tak nie rozwiązany pozostanie podstawowy problem, czyli kwestia kosztów alternatywnych takiego wykorzystania ogromnej ilości przestrzeni miejskiej, którą zajmują miejsca parkingowe. Czy ktoś w ogóle zastanawia się, ile rzeczywiście kosztuje nas Warszawa “przyjazna kierowcom”? To, że kosztów nie widać, gdyż są “ukryte” za regulacjami i wszelkiej maści subsydiami, to nie znaczy, że ich nie ma. Gdyby ktoś pokusił się o ich oszacowanie, na pewno lektura byłaby to interesująca lektura i oczywiście zostałaby całkowicie zignorowana.

Czy ktoś w ogóle zastanawia się, czy developerzy stawiający budynki w centrum Warszawy pozwoliliby sobie na stawianie przy nich parkingów, gdyby nie byli do tego zmuszeni przez regulacje prawne? To nie rynek odpowiada na popyt miejsc parkingowych i “zachęca” kierowców do dojeżdżania własnymi samochodami do centrum, co wiąże się z wypadkami, zanieczyszczeniem powietrza, zmarnowanym czasem w korkach, itd. To nie rynek jest odpowiedzialny za te “efekty zewnętrzne” (ang. externalities).

Cytując wspomnianą publikację w NYT: Za darmowe parkowanie płacą wszyscy z wyjątkiem kierowców.

“Wprost” o polityce antymonopolowej

Sebastian Stodolak pisze we “Wprost”:

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów znowu mnie obronił. Obronił też Was, szanowni Czytelnicy. Przed czym? Przed zmowami cenowymi. W wyniku państwowej interwencji potanieje cement, elektronika, odzież, obuwie… Szkoda tylko, że są to pobożne życzenia.

Polecam lekturę całości. Sebastian powołuje się na Dominicka T. Armentano, którego książkę “Polityka antymonopolowa. Ochrona konkurencji?” udostępniam za darmo w moim tłumaczeniu. Polecam również krótki artykuł Thomasa J. DiLorenzo o początkach polityki antymonopolowej: “Paradoks antymonopolowych ekonomistów”.

Czy warto prywatyzować więzienia?

Gazeta Wyborcza donosi, że anglicy są bliscy opamiętania się i zrozumienia, że obecnie promowany tam model wsadzania ludzi za byle co do więzienia (podobnie jak w Polsce, czy w USA). Co prawda w relacji nie padła propozycja prywatyzacji więzień, ale myślę, że warto się nad tym zastanowić. Czytaj dalej »

O ubezpieczeniu od powodzi raz jeszcze

29/06/2010 | Ekonomia

W jednym z komentarzy do mojego tekstu o powodzi (“Trzeba się było ubezpieczyć”) czytelnik 2young2bslow zasugerował artykuł “Neglecting Disaster: Why Don’t People Insure Against Large Losses?” H. Kunreuthera i M. Pauly’ego (obaj z University of Pennsylvania) jako uzupełnienie tematyki ubezpieczeń od katastrof. Poniżej chciałbym przedstawić podstawową tezę autorów. Czytaj dalej »

Dlaczego w Chicago zautomatyzowano windy, czyli o efektach płacy minimalnej

Natrafiłem właśnie na ciekawy przykład, którym wybitny ekonomista prof. Yale Brozen (1918-1998, zob. wspomnienie w The New York Times), ilustruje jaką głupotą jest, i zawsze była, regulacja płac minimalnych.

Za poważny problem w Chicago uważamy dużą liczbę młodzieńców, którzy porzucają szkoły średnie i nie są w stanie znaleźć pracy. Problem po części przekłada się na przestępczość w tej grupie. Chłopcy ci chcieliby się czymś zająć, a najlepiej – podjąć pracę. Wielu z nich było zatrudnionych jako operatorzy wind za 1.00-1.25 dolara za godzinę. Związek zawodowy operatorów wind odniósł w międzyczasie sukces w postaci wprowadzenia płacy minimalnej w wysokości 2.50 dolara dla operatorów w budynkach w centrum Chicago. W rezultacie, dla właścicieli budynków stało się opłacalne, by wydać 30 tys. dolarów od windy na automatyzację tych urządzeń tak, by już nie wymagały operatora. Ponieważ koszty automatyzacji windy wynosiły 8 tys. dolarów rocznie (podatki, koszty ubezpieczenia, amortyzacja i koszt pieniądza), automatyzacja nie opłacała się, gdy koszty zatrudnienia operatorów na dwie zmiany wynosiły tylko 5 tys. rocznie. Związkowi zawodowemu udało się jednak wywindować te koszty do 10 tys. dolarów rocznie. Rezultatem są automatyczne windy, brak miejsc pracy dla byłych operatorów oraz problem z utrzymaniem niewykwalifikowanych nastolatków w ryzach.

W charakterze komentarza dodam tylko, że nie powinniśmy zapominać o “ukrytych” efektach płacy minimalnej (która wynosi obecnie w Polsce 1317 zł brutto). Ponieważ nasza regulacja jest generalna i obowiązuje już od wielu lat, trudno jest wskazać takie konkretne przykłady jak ten z operatorami wind w Chicago. Jedno jest pewne: płaca minimalna to więcej niż głupota, to błąd.

Źródło: Yale Brozen, Wage Rates, Minimum Wage Laws, and Unemployment – Ralph Raico, New Individualist Review [1961].

Dlaczego nie warto głosować?

W kontekście dzisiejszego “święta demokracji” i w charakterze zimnego prysznica pozwalam sobie przytoczyć kilka wartościowych myśli na temat wyborów, które wygłosił prof. Donald J. Boudreaux (George Mason University).

  • Żaden wyborca nie będzie miał dostrzegalnego wpływu na rezultat wyborów. [A mimo to] ludzie chcą wierzyć, że każdy głos się liczy. (…)
  • Ja tylko pytam: co jest racjonalnym działaniem dla ciebie jako jednostki? Poświęcić czas swojemu dziecku czytając mu na głos czy pójście na wybory? Pojedynczym głosem niczego się nie osiągnie – procentowa różnica między kandydatami nie jest mierzona setnymi częściami po przecinku. Prosty fakt. Można debatować czy powinien wpływać on na twoje działanie, ale jest to fakt. (…)
  • Tych, którzy nie głosują krytykuje się mówiąc im: nie jesteś dobrym obywatelem, nie spełniasz swoich obowiązków. (…) Ale co jest bardziej produktywne: jeśli poświęcę półtorej godziny na oddanie głosu, czy jeśli poświęcę ten czas na głęboką i poważną refleksję nad jakimś problemem i pisanie listu do redakcji lub tekstu na moim blogu na ten temat? To drugie. (…)
  • Jeśli głosujesz jak kretyn, nie odczujesz żadnego kosztu [bezpośrednio, w związku z tym działaniem]. (…) Jeśli wystarczająca ilość ludzi głosuje jak kretyni, w rezultacie wybierani są kretyni. (…) Problem polega na tym, że w momencie głosowania – indywidualnego aktu wyborczego – nie ma żadnych bezpośrednich konsekwencji głosowania na A, B, czy nie głosowania w ogóle. Dlatego wyborcy nie są ograniczeni w wyrażaniu wszelkich fantazji, romantycznych pojęć, lub gniewu, który czują.
  • Jeśli większość wyborców głosuje na kandydata Smitha a nie na kandydata Jonesa, nikt tak naprawdę nie wie, czy wyborcy wybrali Smitha ze względu na jego stanowisko w temacie podatków, czy pomimo jego stanowiska w temacie podatków. Ale kandydat Smith będzie przekonany, że każde stanowisko, które zajął w trakcie kampanii było pożądane przez wyborców.
  • [Powinniśmy] pracować na rzecz upowszechniania idei wolności. Jeśli taka kultura zostanie zbudowana, znajdzie ona swoje odzwierciedlenie w polityce. Ale jeśli ludzie będą chcieli być wodzeni za nos, będą wodzeni. Możliwe jest, że tego pożądanego stanu osiągnąć się nie da.

Powyższe cytaty pochodzą z zapisu podcastu EconTalk prowadzonego przez prof. Russella Robertsa (George Mason University & Hoover Institution, Stanford University). Przy okazji – osobiście uważam, że EconTalk to najbardziej wartościowy podcast obecnie dostępny w sieci.

Trzeba było się ubezpieczyć!

19/05/2010 | Ekonomia

Piotr Gabryel w “Rzeczypospolitej” przypomina (nie)sławne słowa Włodzimierza Cimoszewicza z 1997 r. wypowiedziane w czasie tzw. “powodzi stulecia”, który zapytany o państwowe odszkodowania dla powodzian odpowiedział “Trzeba było się ubezpieczyć”. I chociaż sam Cimoszewicz podobno żałuje tej wypowiedzi, która – w jego relacji – była oczywiście wyrwana z kontekstu, ja z kolei – razem z Gabryelem – żałuję, że nie stała się ona credo polskich władz w podobnych wypadkach.

Nie trzeba być noblistą w dziedzinie ekonomii, żeby zrozumieć prostą zależność, że jeśli coś jest subsydiowane to (ceteris paribus oczywiście) będzie tego więcej. W przypadku “odszkodowań dla powodzian” państwo dotuje tych, którzy wbrew elementarnemu rozsądkowi się nie ubezpieczyli. Słusznie zauważa Gabryel, że na frajera wychodzi w takiej sytuacji ten, kto się ubezpieczył.

Ktoś może jednak powiedzieć, że ubezpieczenie nieruchomości znajdującej się na terenie zagrożonym powodzią jest bardziej kosztowne niż gdyby znajdowała się ona gdzie indziej. Wydawać by się mogło, że winne są chciwe zakłady ubezpieczenie, które chcą czerpać zyski z przymusowej sytuacji zagrożonych właścicieli. A właściciele z kolei będą twierdzić, że nie mogą sobie pozwolić na tak drogie ubezpieczenie, więc niech ich państwo ratuje.

Szkoda już nawet marnować energii na tłumaczenie, że ubezpieczenia na tym właśnie polegają, że składki są skorelowane z ryzykiem, gdyż celem ubezpieczeń nie jest transfer majątku od bardziej zagrożonych do mniej zagrożonych wystąpieniem określonej szkody, lecz w miarę równomierne rozłożenie ryzyka w całej puli ubezpieczonych.

Ja chciałbym zwrócić uwagę na argument, który w Polsce pojawia się rzadko, za to w USA podnoszony jest przy okazji szkód wywołanych przez huragany na obszarze przez nie regularnie odwiedzanym. A mianowicie: jeżeli ktoś decyduje się na mieszkanie na terenie zagrożonym, to nie może mieć pretensji do całego świata, że zagrożenie się zmaterializuje! Nieruchomości na terenach zagrożonych powodzią są (a przynajmniej w zasadzie powinny być) tańsze od identycznych nieruchomości w ten sposób nie zagrożonych. Różnica w cenie wynika właśnie z ryzyka.

Dlaczego więc podatnicy mają ponosić ciężar ryzyka, biorąc pod uwagę fakt, że ryzyko to było już zdyskontowane w cenie nieruchomości? Przecież nie jest tak, że rzeki gwałtownie zmieniają bieg co kilka lat i nie można przewidzieć czy dana nieruchomość jest potencjalnie zagrożona czy nie.

Dlatego też do znudzenia powtarzać należy: “Trzeba się było ubezpieczyć!”

Przeciwko wywłaszczeniu, czyli o państwie i drogach

Bruce Benson, profesor prawa i ekonomii na Florida State University, opublikował kilka lat temu artykuł pt. “The Mythology of Holdout as a Justification for Eminent Domain and Public Provision of Roads” [The Independent Review, v. X, n. 2, Fall 2005], w którym zajmuje się jednym z głównych argumentów za instytucją wywłaszczenia (w USA: eminent domain), a mianowicie tzw. problemem odmowy (ang. holdout problem) – sytuacją, gdy ktoś odmawia zaakceptowania oferty wykupienia jego własności lub ustanowienia na niej ograniczonego prawa rzeczowego. Benson dowodzi, że argument ten nie może skutecznie uzasadnić wywłaszczenia w celu budowy sieci komunikacyjnej. Zdaniem autora znacznie efektywniejsze i zarazem sprawiedliwe rozwiązanie to pozostawienie tej sfery aktywności podmiotom prywatnym, bez sztucznego “ulatwiania” im pracy poprzez rozwiązania administracyjnoprawne.

Autor rozpoczyna od odpowiedzi na pytanie, czy państwo rzeczywiście musi budować drogi. Odpowiedź jest przecząca, gdyż – jak wskazuje autor – na całym świecie nie brakuje przykładów, zarówno aktualnych, jak i historycznych, budowania i zarządzania drogami przez podmioty prywatne. Jako jeden z przykładów autor podaje model, w którym państwo organizuje przetargi (lub aukcje) na prawo do zbudowania i zarządzania określonym projektem drogowym, gdyż znajduje się na to tak wielu chętnych. Przykłady te pokazują jedynie, że prywatne podmioty radzą sobie na tym rynku – nie pozwalają jednak odpowiedzieć na pytanie, czy konieczna jest instytucja wywłaszczenia.

Ekonomiczne uzasadnienie instytucji wywłaszczenia

Po pierwsze, Benson wskazuje, że dobrowolny transfer praw w drodze wymiany oznacza alokację dóbr do bardziej wartościowych celów, obie strony są w lepszej sytuacji niż gdyby nie dokonały transakcji (w przeciwnym wypadku, by jej nie dokonały). Przy całej rezerwie do ekonomii dobrobytu, autor wskazuje, że dobrowolna wymiana prowadzi stanu optymalnego w sensie Pareto. Oprócz dobrowolnej wymiany, w obecnej sytuacji prawnej możliwe jest wywłaszczenie za wynagrodzeniem, jeśli dana własność jest potrzebna do realizacji celów publicznych, na przykład – budy drogi.

Ekonomiczną argumentację na rzecz wywłaszczenia, Benson podaje za Richardem Posnerem. Według sędziego Posnera, ratio tej instytucji to jej konieczność dla zapobiegania monopolowi. W sytuacji, gdy rozpoczęta jest już konstrukcja jakiegoś odcinka drogi, bardzo kosztowna staje się rezygnacja z już wytyczonej trasy na rzecz trasy alternatywnej. Mając tę wiedzę, właściciele ziemi na trasie planowanej drogi mają motywację do żądania bardzo wysokiej ceny za swoją własność – ceny, która przekracza koszt alternatywny tej ziemi. Oznaczałoby to, że z powodu wysokich kosztów zakupu ziemi, wyższe będą ceny usług, co spowoduje, że konsumenci będą szukać rozwiązań alternatywnych do tej konkretnej drogi. Z tego powodu, ziemia, która byłaby bardziej wartościowa dla firmy budującej drogę niż dla jej obecnych właścicieli, byłaby wciąż wykorzystywana w mniej wartościowych zastosowaniach – co jest nieefektywne. Należy pamiętać, że zdaniem Posnera argument ten ma zastosowania bardziej w stosunku do prywatnych projektów drogowych niż publicznych.

Pierwszym kontrargumentem jest obserwowana sytuacja, że wielu właścicieli ziemi, przekazuje wręcz za darmo część swoich nieruchomości firmom prywatnym lub władzom publicznym w celu poprowadzenia przez nie drogi. Jest to spowodowane znaczącym wzrostem wartości reszty nieruchomości w okolicy, co daje silną motywację większym właścicielom do właśnie takich zachowań.

Poza tym, Posner nie bierze pod uwagę, że ziemię teoretycznie można nabyć przed rozpoczęciem prac budowlanych, zmniejszając znacznie motywację właścicieli do zachowań orkeślanych przez nas jako problem odmowy. Oczywiście, jeśli to władza publiczna ma budować drogę, to praktycznie niemożliwe zachowanie jest jej trasy w tajemnicy, podczas gdy prywatne firmy stosują z powodzeniem instytuację nabywców “krzaków”, co pozwala im na redukcję lub eliminację zjawiska odmowy.

Nawet jeśli nie dałoby się uniknąć rozpowszechnienia informacji o planowanej drodze, rzeczony problem można obejść w inny sposób. Jeśli inwestor zaplanuje więcej niż jedną alternatywną trasę, może złożyć publiczną propozycję właścicielom nieruchomości – niech wszyscy podadzą ceny, za które są gotowi sprzedać potrzebne działki. Inwestor zaznacza jednocześnie, że wybierze tę trasę, która w sumie będzie dla niego najtańsza. W takiej sytuacji mogą być również wykorzystane aukcje kombinacyjne (ang. cominatorial auctions), w których dokonuje się zakupu całych grup dóbr lub usług (taką grupą może być określona ilość działek ziemi).

Government failure

W odróżnieniu do bardziej popularnego w publicystyce zjawiska market failure (błędu lub defektu rynku), znacznie poważniejszym problemem w dzisiejszej gospodarce jest government failure (błędy lub nieefektywność działań państwa w gospodarce). Za ilustrację w przedmiotowej sytuacji może posłużyć następujący przykład. Załóżmy, że inwestor A może kupić działkę właściciela B za 500 tys. dolarów. Załóżmy również, że wydając 50 tys. (na lobbing, łapówkę, etc.) zapewni sobie decyzję wywłaszczeniową względem B. Rada miejska zgadza się wywłaszczyć B i sprzedać działkę A za 100 tys. dolarów. Rzeczoznawca wycenia działkę na 250 tys. i tyle dostaje B, więc podatnicy płacą 150 tys. różnicy. 250 tys. jest oczywiście znacznie poniżej wartościowania działki przez B i stanowi przykład opisywanego w literaturze uprzedzenia przeciwko właścicielom, przejawiającego się rażąco zaniżonymi odszkodowaniami.

W tej sytuacji A ma się znacznie lepiej, ale podatnicy i B są ewidentnie stratni. Tzw. korzyść społeczna “netto” jest więc taka sama jak przy dobrowolnej wymianie, jest ona jednak rozłożona nierówno. Taki wynik jest nieefektywny w sensie Pareto, co skłoniło wielu zwolenników wywłaszczenia do przyjęcia mniej restrykcyjnego kryterium efektywności Kaldora-Hicksa (ktoś zyskuje wystarczająco dużo, by zrekomepnsować tych, którzy tracą, nawet jeśli żadna rekomensata nie będzie wypłacona).

Dopóki koszty lobbingu, łapówek lub podobnych działań są niższe niż wartościowanie działki przez jej właściciela minus wynegocjowana cena, za którą wywłaszczoną ziemię sprzeda inwestorowi państwo – inwestor ma silną motywację do rezygnacji z dobrowolnej wymiany, a więc do forsowania nieefektywnego w sensie Pareto rozwiązania. Nie trzeba również dodawać, że intuicyjnie postrzegam taką sytuację jako złą.

Benson podaje pięć przyczyn nieefektywności politycznych transferów dóbr, które w konkretnych przypadkach mogą powodować, że taki transfer jest nieefektywny nawet w ramach słabego kryterium Kaldora-Hicksa:

  1. niedobrowolne transfery generalnie skutkują w redukcji netto dobrobytu;
  2. zasoby konsumowane w procesie osiągania takich transferów mają koszty alternatywne – zarówno po stronie rent seekers jak i po stronie ich ofiar;
  3. potencjalnie ofiary przewidując transfer mają motywację do ucieczki (zmiana jurysdykcji, ukrywanie działalności lub zasobów) oraz do szybkiego upłynnienia wartości (np. poprzez nieefektywną w długim okresie gospodarkę leśną, zapewniającą jednak maksimum zwrotu na inwestycji w krótkim okresie);
  4. żeby zabezpieczyć się przed powyższym państwo nakłada wiele regulacji (plany zagospodarowania przestrzennego, ochrony środowiska, etc.), które mają znaczne koszty implementacji oraz egzekucji, a także koszty compliance po stronie podmiotów prywatnych;
  5. co najważniejsze – wykorzystanie nacjonalizacji i wywłaszczenia prowadzi do podważenia bezpieczeństwa prywatnych praw własności, co ma skutki analogiczne do tzw. problemu dóbr wspólnych (ang. tragedy of the commons): szybkie zużywanie i niewystarczające nakłady na utrzymanie zasobów relatywnie do efektywnego poziomu konserwacji.

Podsumowując Benson cytuje Posnera, według którego jedynym ekonomicznym uzasadnieniem wywłaszczenia jest przeciwdziałanie problemowi odmowy, a który sam jednocześnie zaznacza, że argumenty na rzecz wywłaszczenia jako instytucji skutecznie radzącej sobie z tym zjawiskiem są zdecydowanie niekonkluzywne. Autor wskazuje, że w świetle przeprowadzonej analizy, z punktu widzenia efektywności w rozumieniu ekonomicznym, wywłaszczenie jest instytucją szkodliwą i niepotrzebną do zapewnienia odpowiedniej sieci drogowej.

Hayek o Keynesie

13/04/2009 | Ekonomia

Greg Ransom na blogu Taking Hayek Seriously zamieścił wybór fragmentów z przeprowadzonego w 1978 r. wywiadu z Friedrichem von Hayekiem, w którym noblista odnosi się do osoby Johna Maynarda Keynesa. Zachęcam do lektury:

ROSTEN: (…) to był oczywiście okres, kiedy John Maynard Keynes zyskał międzynarodowe uznanie i chciałbym byś o nim opowiedział.

HAYEK: Znałem go bardzo dobrze. Spotkałem go jeszcze zanim przyjechałem do Anglii, w 1928 r. na spotkaniu Trade Cycle Research Institute. Już wtedy poróżniliśmy się na gruncie ekonomii, co charakterystyczne – o stopy procentowe. Keynes miał zwyczaj rozjeżdżania jak walec parowy młodego człowieka, który mu się przeciwstawił. Jeśli jednak stanąłeś przeciwko niemu, szanował cię do końca życia. Chociaż różniliśmy się w kwestii ekonomii, pozostaliśmy przyjaciółmi do końca. To jemu zawdzięczam, że spędziłem wojenne lata w King’s College, w Cambridge. On załatwił mi tam miejsce. I rozmawialiśmy o wielu rzeczach, z tym że nauczyliśmy się unikać ekonomii.

ROSTEN: Unikaliście ekonomii?

HAYEK: Unikaliśmy ekonomii.

ROSTEN: Ale czy nie było tak, że wziąłeś się za Ogólną teorię, kiedy tylko się ukazała?

HAYEK: Nie, nie zrobiłem tego. Spędziłem bardzo dużo czasu recenzując jego Traktat o pieniądzu i tym, co mnie zniechęciło do podjęcia wyzwania ponownie była odpowiedź Keynesa na publikację drugiej części mojej bardzo długiej analizy tej książki: “Oh, ja już w to wszystko nie wierzę.”

ROSTEN: Tak powiedział?

HAYEK: Tak. [śmiech]

ROSTEN: Jak długo później miało to miejsce?

HAYEK: To było w 1932 r., a Traktat wyszedł w 1930 r. Keynes przygotowywał już wtedy Ogólną teorię i wciąż nie odpowiedział na pierwszą część mojej recenzji, gdy sześć miesięcy później ukazała się druga część. Powiedział tylko: “Nieważne, i tak już w to wszystko nie wierzę.” Było to bardzo zniechęcające dla młodego człowieka, który spędzenił rok na krytyce ważnej pracy. Oczekiwałem więc raczej, że w kwestii Ogólnej teorii również zmieni zdanie za rok lub dwa. Nie uważałem więc za warte wysiłku, by zainwestować tak wiele pracy, no i oczywiście ta książka stała się przerażająco znaczącą. Jest to jedna z rzeczy, za które się winię, ponieważ jestem w dużej mierze przekonany, że mogłem wtedy wykazać błędy tej książki.

ROSTEN: Czy na prawdę myślałeś, że on powie: “Oh, już nie wierzę w zamienność pomiędzy bezrobociem [i inflacją]” i tak dalej?

HAYEK: Jestem pewien, że dokonałby zmian.

ROSTEN: Czy myślisz, że rzeczywiście zmienił coś?

HAYEK: Zmodyfikowałby swoje poglądy. W rzeczy samej, moje ostatnie spotkanie z nim – widziałem go sześć tygodni przed jego śmiercią, było to już po wojnie – zapytałem go czy nie niepokoi go to, co jego uczniowie robili z jego ideami w tamtym czasie, kiedy inflacja była głównym zagrożeniem. Odpowiedział: “Nie przejmuj się, moje idee były ważne w Kryzysie lat trzydziestych, ale możesz mi zaufać: jeśli staną się one zagrożeniem, z łatwością odwrócę poglądy opinii publicznej.” Ale sześć tygodni później był już martwy i nie mógł tego zrobić. Jestem przekonany, że Keynes zostałby jedym z wielkich przeciwników inflacji.

ROSTEN: Czy uważasz, że mógłby to zrobić?

HAYEK: O, tak. Nie miałby najmniejszego momentu zawahania. Jedyną rzeczą za którą go winię jest to, że coś co sam uznawał za pamflet na ten czas, mający przeciwdziałać deflacyjnym tendencjom w latach trzydziestych, nazwał ogólną teorią. Nie była to jednak ogólna teoria. W rzeczywistości był to pamflet na tę konkretną sytuację. A stało się tak częściowo – powiedziałbym – z powodu wpływu części jego doktrynerskich uczniów, którzy naciskali na niego – jedna z nich, Joan Robinson, opublikowała ostatnio tekst, w którym dość otwarcie mówi, że czasami mieli poważną trudność w uzmysłowieniu Maynardowi implikacji jego teorii. [śmiech]

(…)

ROSTEN: Jak twoim zdaniem zapisze się on w historii myśli ekonomicznej?

HAYEK: Jako człowiek z wieloma pomysłami, który o ekonomii wiedział bardzo niewiele. Nie znał nic poza ekonomią marshallowską. Był całkowicie nieświadomy wszystkiego, co działo się gdzie indziej, nawet o dziewiętnastowiecznej historii gospodarczej wiedział bardzo mało. Jego zainteresowania były ukierunkowane przez zmysł estetyczny. A on nienawidził dziewiętnastego wieku, dlatego też wiedział o nim bardzo mało – nawet jeśli chodzi o literaturę naukową. Ale był za to prawdziwym ekspertem w epoce elżbietańskiej.

ROSTEN: Jestem absolutnie zaskoczony zdaniem, że John Maynard Keynes rzeczywiście nie znał literatury ekonomicznej. Z pewnością się z nią zapoznał.

HAYEK: Znał bardzo niewiele. Nawet w angielskiej tradycji jego wiedza była nikła jeśli chodzi o wielkich dziewiętnastowiecznych autorów piszących o kwestiach monetarnych. Nie wiedział nic o Henrym Thorntonie, mało wiedział o Ricardo, tylko słynne fragmenty. A przecież mógłby znaleźć wielu prekursorów swoich inflacyjnych koncepcji w latach dwudziestych i trzydziestych dziewiętnastego wieku. Kiedy mu o tym powiedziałem, było to dla niego kompletną nowością.

ROSTEN: Jak na to zareagował? Czy spowodowało to u niego jakąś nieśmiałość?

HAYEK: O nie, w żadnym wypadku. Był na to zbyt pewny siebie, przekonany, że to, co inni ludzie mogli powiedzieć na ten temat nie miało większego znaczenia. Krótko po napisaniu Ogólnej teorii był on tak przekonany, że stworzył całą nauką od nowa, że odnosił się wręcz pogardliwie do wszystkiego, co zostało zrobione wcześniej.

ROSTEN: Czy zachował tę pewność do końca?

HAYEK: Nie jestem w stanie powiedzieć, gdyż jak już wspomniałem wcześniej, niemalże całkowicie zaprzestaliśmy rozmawiać o ekonomii. Interesowało nas wiele innych tematów – jego ogólna teoria idei i tak dalej. Nie chciałbym dać wrażenia, że nie doceniam go jako umysłu. Keynes był jednym z najbardziej inteligentnych i oryginalnych myślicieli jakich poznałem. Ale ekonomia była dla niego tylko bocznym torem. Miał fantastyczną pamięć, był niezwykle oczytwany, ale ekonomia nie była jego głównym zainteresowaniem. Jego własnym zdaniem, mógł on stworzyć od nowa tę dziedzinę, a do większości ekonomistów czuł raczej pogardę.

Kasowanie za godzinę, ekonomiści o modelu rozliczeń w BigLaw

Nuno Garoupa (University of Illinois College of Law & University of Manchester School of Law) i Fernando Gomez-Pomar (Universitat Pompeu Fabra) opublikowali w najnowszym numerze The Journal of Law, Economics, & Organization (Vol. 24, No. 2) artykuł zatytułowany Cashing by the Hour: Why Large Law Firms Prefer Hourly Fees over Contingent Fees, w którym zastanawiają się dlaczego wśród dużych firm prawniczych dominuje model rozliczeń oparty na godzinach poświęconych klientowi, zamiast znacznie efektywniejszego (jak dowodzi współczesna literatura ekonomiczna) modelu no win no fee (rozliczenie warunkowe, zależne od rezultatu).

Autorzy przedstawiają najpierw możliwe wyjaśnienia od strony popytowej. Po pierwsze, powodowie będący klientami mniejszych kancelarii często nie mogą sobie pozwolić na opłacenie prawnika z góry, więc wymagają modelu contingent fees, który stanowi de facto kredytowanie klienta przez kancelarię. Tego problemu nie ma raczej w segmencie korporacyjnym obsługiwanym przez BigLaw.

Druga możliwość to kwestia podziału ryzyka. Bardziej efektywne jest przeniesienie ryzyka na grupę osób (partnerów kancelarii) niż na pojedynczego klienta (osobę fizyczną) – stąd no win no fee. Podobnie, bardziej efektywne jest przeniesienie ryzyka z firmy prawniczej na spółkę publiczną (partner w kancelarii nie może sprzedać swoich udziałów, udziałowcy spółki akcyjnej, w szczególności notowanej na giełdzie – mogą swoje ryzyko dywersyfikować z łatwością).

Kolejny scenariusz to znaczenie tzw. kosztów agencyjnych (agency costs). W przypadku BigLaw, ich klienci mają często dużo więcej możliwości uzyskania informacji o efektywności kancelarii, często dzięki dłuższym relacjom i faktowi, że większość kontaktów z zewnętrznymi firmami prawniczymi odbywa się poprzez wewnętrzne działy prawne. Co więcej, dla korporacji-klientów billingowanie za godziny jest wygodniejsze niż tzw. “value-billing” (rozliczenie w oparciu o ocenę wartości usługi dla klienta przez partnera prowadzącego) stosowany przez niektóre firmy. Segment “detaliczny” charakteryzuje się cechami przeciwnymi do wyżej wspomnianych, stąd nacisk na alternatywny sposób rozliczania.

Autorzy zauważają także, że w sytuacji billingowania za godziny, klient ma często znaczną kontrolę nad sprawą, co zwykle nie ma miejsca w modelu contingent fees. Klient mający czas i zasoby na kontrolowanie pracy zewnętrznej kancelarii (poprzez swój departament prawny) będzie bardziej zainteresowany modelem godzinowym, niż klient który ma zbyt wysokie koszty alternatywne.

Od strony podażowej autorzy konstruują model formalny, który prowadzi ich do interesujących wniosków. Zauważają między innymi, że model contingent fees może powodować, że prawnicy poświęcą zbyt dużo zasobów kancelarii do obsługi danej sprawy, szczególnie że nie biorą w pełni pod uwagę kosztu alternatywnego wspólnych zasobów (paralegals, sekretarek, materiałów biurowych, etc.). Model godzinowy może stanowić rozwiązanie tego problemu.

W swojej pracy Garoupa i Gomez-Pomar podają też kilka możliwych odpowiedzi na pytanie dlaczego duże korporacje wybierają duże firmy prawnicze, zamiast mniejszych (w domyśle – tańszych). Oprócz dość oczywistych, jak to że tylko BigLaw jest w stanie zaoferować obsługę w wielu porządkach prawnych lub złożone wielopłaszczyznowe rozwiązania (IPO, M&A), autorzy wskazują też na ciekawy aspekt pragmatyki korporacyjnej – kadra zarządzająca może znacznie łatwiej uchronić się przed konsekwencjami przegrania sprawy (porażki), jeśli zatrudniona została znana i prestiżowa firma prawnicza, nawet jeśli wiąże się to z większymi kosztami i nawet jeśli jakaś mniejsza kancelaria potencjalnie mogła sprawę wygrać. Jest to jednak tylko mały podrozdział w wielkiej księdze nieefektywności korporacji (które mimo wszystko wydają się przeważać koszty transakcyjne totalnego outsource’ingu).

Strona 1 z 512345