Ekonomia
Ekonomia od polityki antymonopolowej po tak pasjonujące zagdanienia makro jak cykle koniunkturalne.
- Przeciwko wywłaszczeniu, czyli o państwie i drogach
-
Bruce Benson, profesor prawa i ekonomii na Florida State University, opublikował kilka lat temu artykuł pt. “The Mythology of Holdout as a Justification for Eminent Domain and Public Provision of Roads” [The Independent Review, v. X, n. 2, Fall 2005], w którym zajmuje się jednym z głównych argumentów za instytucją wywłaszczenia (w USA: eminent domain), a mianowicie tzw. problemem odmowy (ang. holdout problem) - sytuacją, gdy ktoś odmawia zaakceptowania oferty wykupienia jego własności lub ustanowienia na niej ograniczonego prawa rzeczowego. Benson dowodzi, że argument ten nie może skutecznie uzasadnić wywłaszczenia w celu budowy sieci komunikacyjnej. Zdaniem autora znacznie efektywniejsze i zarazem sprawiedliwe rozwiązanie to pozostawienie tej sfery aktywności podmiotom prywatnym, bez sztucznego “ulatwiania” im pracy poprzez rozwiązania administracyjnoprawne.
Autor rozpoczyna od odpowiedzi na pytanie, czy państwo rzeczywiście musi budować drogi. Odpowiedź jest przecząca, gdyż - jak wskazuje autor - na całym świecie nie brakuje przykładów, zarówno aktualnych, jak i historycznych, budowania i zarządzania drogami przez podmioty prywatne. Jako jeden z przykładów autor podaje model, w którym państwo organizuje przetargi (lub aukcje) na prawo do zbudowania i zarządzania określonym projektem drogowym, gdyż znajduje się na to tak wielu chętnych. Przykłady te pokazują jedynie, że prywatne podmioty radzą sobie na tym rynku - nie pozwalają jednak odpowiedzieć na pytanie, czy konieczna jest instytucja wywłaszczenia.
Ekonomiczne uzasadnienie instytucji wywłaszczenia
Po pierwsze, Benson wskazuje, że dobrowolny transfer praw w drodze wymiany oznacza alokację dóbr do bardziej wartościowych celów, obie strony są w lepszej sytuacji niż gdyby nie dokonały transakcji (w przeciwnym wypadku, by jej nie dokonały). Przy całej rezerwie do ekonomii dobrobytu, autor wskazuje, że dobrowolna wymiana prowadzi stanu optymalnego w sensie Pareto. Oprócz dobrowolnej wymiany, w obecnej sytuacji prawnej możliwe jest wywłaszczenie za wynagrodzeniem, jeśli dana własność jest potrzebna do realizacji celów publicznych, na przykład - budy drogi.
Ekonomiczną argumentację na rzecz wywłaszczenia, Benson podaje za Richardem Posnerem. Według sędziego Posnera, ratio tej instytucji to jej konieczność dla zapobiegania monopolowi. W sytuacji, gdy rozpoczęta jest już konstrukcja jakiegoś odcinka drogi, bardzo kosztowna staje się rezygnacja z już wytyczonej trasy na rzecz trasy alternatywnej. Mając tę wiedzę, właściciele ziemi na trasie planowanej drogi mają motywację do żądania bardzo wysokiej ceny za swoją własność - ceny, która przekracza koszt alternatywny tej ziemi. Oznaczałoby to, że z powodu wysokich kosztów zakupu ziemi, wyższe będą ceny usług, co spowoduje, że konsumenci będą szukać rozwiązań alternatywnych do tej konkretnej drogi. Z tego powodu, ziemia, która byłaby bardziej wartościowa dla firmy budującej drogę niż dla jej obecnych właścicieli, byłaby wciąż wykorzystywana w mniej wartościowych zastosowaniach - co jest nieefektywne. Należy pamiętać, że zdaniem Posnera argument ten ma zastosowania bardziej w stosunku do prywatnych projektów drogowych niż publicznych.
Pierwszym kontrargumentem jest obserwowana sytuacja, że wielu właścicieli ziemi, przekazuje wręcz za darmo część swoich nieruchomości firmom prywatnym lub władzom publicznym w celu poprowadzenia przez nie drogi. Jest to spowodowane znaczącym wzrostem wartości reszty nieruchomości w okolicy, co daje silną motywację większym właścicielom do właśnie takich zachowań.
Poza tym, Posner nie bierze pod uwagę, że ziemię teoretycznie można nabyć przed rozpoczęciem prac budowlanych, zmniejszając znacznie motywację właścicieli do zachowań orkeślanych przez nas jako problem odmowy. Oczywiście, jeśli to władza publiczna ma budować drogę, to praktycznie niemożliwe zachowanie jest jej trasy w tajemnicy, podczas gdy prywatne firmy stosują z powodzeniem instytuację nabywców “krzaków”, co pozwala im na redukcję lub eliminację zjawiska odmowy.
Nawet jeśli nie dałoby się uniknąć rozpowszechnienia informacji o planowanej drodze, rzeczony problem można obejść w inny sposób. Jeśli inwestor zaplanuje więcej niż jedną alternatywną trasę, może złożyć publiczną propozycję właścicielom nieruchomości - niech wszyscy podadzą ceny, za które są gotowi sprzedać potrzebne działki. Inwestor zaznacza jednocześnie, że wybierze tę trasę, która w sumie będzie dla niego najtańsza. W takiej sytuacji mogą być również wykorzystane aukcje kombinacyjne (ang. cominatorial auctions), w których dokonuje się zakupu całych grup dóbr lub usług (taką grupą może być określona ilość działek ziemi).
Government failure
W odróżnieniu do bardziej popularnego w publicystyce zjawiska market failure (błędu lub defektu rynku), znacznie poważniejszym problemem w dzisiejszej gospodarce jest government failure (błędy lub nieefektywność działań państwa w gospodarce). Za ilustrację w przedmiotowej sytuacji może posłużyć następujący przykład. Załóżmy, że inwestor A może kupić działkę właściciela B za 500 tys. dolarów. Załóżmy również, że wydając 50 tys. (na lobbing, łapówkę, etc.) zapewni sobie decyzję wywłaszczeniową względem B. Rada miejska zgadza się wywłaszczyć B i sprzedać działkę A za 100 tys. dolarów. Rzeczoznawca wycenia działkę na 250 tys. i tyle dostaje B, więc podatnicy płacą 150 tys. różnicy. 250 tys. jest oczywiście znacznie poniżej wartościowania działki przez B i stanowi przykład opisywanego w literaturze uprzedzenia przeciwko właścicielom, przejawiającego się rażąco zaniżonymi odszkodowaniami.
W tej sytuacji A ma się znacznie lepiej, ale podatnicy i B są ewidentnie stratni. Tzw. korzyść społeczna “netto” jest więc taka sama jak przy dobrowolnej wymianie, jest ona jednak rozłożona nierówno. Taki wynik jest nieefektywny w sensie Pareto, co skłoniło wielu zwolenników wywłaszczenia do przyjęcia mniej restrykcyjnego kryterium efektywności Kaldora-Hicksa (ktoś zyskuje wystarczająco dużo, by zrekomepnsować tych, którzy tracą, nawet jeśli żadna rekomensata nie będzie wypłacona).
Dopóki koszty lobbingu, łapówek lub podobnych działań są niższe niż wartościowanie działki przez jej właściciela minus wynegocjowana cena, za którą wywłaszczoną ziemię sprzeda inwestorowi państwo - inwestor ma silną motywację do rezygnacji z dobrowolnej wymiany, a więc do forsowania nieefektywnego w sensie Pareto rozwiązania. Nie trzeba również dodawać, że intuicyjnie postrzegam taką sytuację jako złą.
Benson podaje pięć przyczyn nieefektywności politycznych transferów dóbr, które w konkretnych przypadkach mogą powodować, że taki transfer jest nieefektywny nawet w ramach słabego kryterium Kaldora-Hicksa:
- niedobrowolne transfery generalnie skutkują w redukcji netto dobrobytu;
- zasoby konsumowane w procesie osiągania takich transferów mają koszty alternatywne - zarówno po stronie rent seekers jak i po stronie ich ofiar;
- potencjalnie ofiary przewidując transfer mają motywację do ucieczki (zmiana jurysdykcji, ukrywanie działalności lub zasobów) oraz do szybkiego upłynnienia wartości (np. poprzez nieefektywną w długim okresie gospodarkę leśną, zapewniającą jednak maksimum zwrotu na inwestycji w krótkim okresie);
- żeby zabezpieczyć się przed powyższym państwo nakłada wiele regulacji (plany zagospodarowania przestrzennego, ochrony środowiska, etc.), które mają znaczne koszty implementacji oraz egzekucji, a także koszty compliance po stronie podmiotów prywatnych;
- co najważniejsze - wykorzystanie nacjonalizacji i wywłaszczenia prowadzi do podważenia bezpieczeństwa prywatnych praw własności, co ma skutki analogiczne do tzw. problemu dóbr wspólnych (ang. tragedy of the commons): szybkie zużywanie i niewystarczające nakłady na utrzymanie zasobów relatywnie do efektywnego poziomu konserwacji.
Podsumowując Benson cytuje Posnera, według którego jedynym ekonomicznym uzasadnieniem wywłaszczenia jest przeciwdziałanie problemowi odmowy, a który sam jednocześnie zaznacza, że argumenty na rzecz wywłaszczenia jako instytucji skutecznie radzącej sobie z tym zjawiskiem są zdecydowanie niekonkluzywne. Autor wskazuje, że w świetle przeprowadzonej analizy, z punktu widzenia efektywności w rozumieniu ekonomicznym, wywłaszczenie jest instytucją szkodliwą i niepotrzebną do zapewnienia odpowiedniej sieci drogowej.
- 19.04.2009 | Jeden komentarz »
- Hayek o Keynesie
-
Greg Ransom na blogu Taking Hayek Seriously zamieścił wybór fragmentów z przeprowadzonego w 1978 r. wywiadu z Friedrichem von Hayekiem, w którym noblista odnosi się do osoby Johna Maynarda Keynesa. Zachęcam do lektury:
ROSTEN: (…) to był oczywiście okres, kiedy John Maynard Keynes zyskał międzynarodowe uznanie i chciałbym byś o nim opowiedział.
HAYEK: Znałem go bardzo dobrze. Spotkałem go jeszcze zanim przyjechałem do Anglii, w 1928 r. na spotkaniu Trade Cycle Research Institute. Już wtedy poróżniliśmy się na gruncie ekonomii, co charakterystyczne - o stopy procentowe. Keynes miał zwyczaj rozjeżdżania jak walec parowy młodego człowieka, który mu się przeciwstawił. Jeśli jednak stanąłeś przeciwko niemu, szanował cię do końca życia. Chociaż różniliśmy się w kwestii ekonomii, pozostaliśmy przyjaciółmi do końca. To jemu zawdzięczam, że spędziłem wojenne lata w King’s College, w Cambridge. On załatwił mi tam miejsce. I rozmawialiśmy o wielu rzeczach, z tym że nauczyliśmy się unikać ekonomii.
ROSTEN: Unikaliście ekonomii?
HAYEK: Unikaliśmy ekonomii.
ROSTEN: Ale czy nie było tak, że wziąłeś się za Ogólną teorię, kiedy tylko się ukazała?
HAYEK: Nie, nie zrobiłem tego. Spędziłem bardzo dużo czasu recenzując jego Traktat o pieniądzu i tym, co mnie zniechęciło do podjęcia wyzwania ponownie była odpowiedź Keynesa na publikację drugiej części mojej bardzo długiej analizy tej książki: “Oh, ja już w to wszystko nie wierzę.”
ROSTEN: Tak powiedział?
HAYEK: Tak. [śmiech]
ROSTEN: Jak długo później miało to miejsce?
HAYEK: To było w 1932 r., a Traktat wyszedł w 1930 r. Keynes przygotowywał już wtedy Ogólną teorię i wciąż nie odpowiedział na pierwszą część mojej recenzji, gdy sześć miesięcy później ukazała się druga część. Powiedział tylko: “Nieważne, i tak już w to wszystko nie wierzę.” Było to bardzo zniechęcające dla młodego człowieka, który spędzenił rok na krytyce ważnej pracy. Oczekiwałem więc raczej, że w kwestii Ogólnej teorii również zmieni zdanie za rok lub dwa. Nie uważałem więc za warte wysiłku, by zainwestować tak wiele pracy, no i oczywiście ta książka stała się przerażająco znaczącą. Jest to jedna z rzeczy, za które się winię, ponieważ jestem w dużej mierze przekonany, że mogłem wtedy wykazać błędy tej książki.
ROSTEN: Czy na prawdę myślałeś, że on powie: “Oh, już nie wierzę w zamienność pomiędzy bezrobociem [i inflacją]” i tak dalej?
HAYEK: Jestem pewien, że dokonałby zmian.
ROSTEN: Czy myślisz, że rzeczywiście zmienił coś?
HAYEK: Zmodyfikowałby swoje poglądy. W rzeczy samej, moje ostatnie spotkanie z nim - widziałem go sześć tygodni przed jego śmiercią, było to już po wojnie - zapytałem go czy nie niepokoi go to, co jego uczniowie robili z jego ideami w tamtym czasie, kiedy inflacja była głównym zagrożeniem. Odpowiedział: “Nie przejmuj się, moje idee były ważne w Kryzysie lat trzydziestych, ale możesz mi zaufać: jeśli staną się one zagrożeniem, z łatwością odwrócę poglądy opinii publicznej.” Ale sześć tygodni później był już martwy i nie mógł tego zrobić. Jestem przekonany, że Keynes zostałby jedym z wielkich przeciwników inflacji.
ROSTEN: Czy uważasz, że mógłby to zrobić?
HAYEK: O, tak. Nie miałby najmniejszego momentu zawahania. Jedyną rzeczą za którą go winię jest to, że coś co sam uznawał za pamflet na ten czas, mający przeciwdziałać deflacyjnym tendencjom w latach trzydziestych, nazwał ogólną teorią. Nie była to jednak ogólna teoria. W rzeczywistości był to pamflet na tę konkretną sytuację. A stało się tak częściowo - powiedziałbym - z powodu wpływu części jego doktrynerskich uczniów, którzy naciskali na niego - jedna z nich, Joan Robinson, opublikowała ostatnio tekst, w którym dość otwarcie mówi, że czasami mieli poważną trudność w uzmysłowieniu Maynardowi implikacji jego teorii. [śmiech]
(…)
ROSTEN: Jak twoim zdaniem zapisze się on w historii myśli ekonomicznej?
HAYEK: Jako człowiek z wieloma pomysłami, który o ekonomii wiedział bardzo niewiele. Nie znał nic poza ekonomią marshallowską. Był całkowicie nieświadomy wszystkiego, co działo się gdzie indziej, nawet o dziewiętnastowiecznej historii gospodarczej wiedział bardzo mało. Jego zainteresowania były ukierunkowane przez zmysł estetyczny. A on nienawidził dziewiętnastego wieku, dlatego też wiedział o nim bardzo mało - nawet jeśli chodzi o literaturę naukową. Ale był za to prawdziwym ekspertem w epoce elżbietańskiej.
ROSTEN: Jestem absolutnie zaskoczony zdaniem, że John Maynard Keynes rzeczywiście nie znał literatury ekonomicznej. Z pewnością się z nią zapoznał.
HAYEK: Znał bardzo niewiele. Nawet w angielskiej tradycji jego wiedza była nikła jeśli chodzi o wielkich dziewiętnastowiecznych autorów piszących o kwestiach monetarnych. Nie wiedział nic o Henrym Thorntonie, mało wiedział o Ricardo, tylko słynne fragmenty. A przecież mógłby znaleźć wielu prekursorów swoich inflacyjnych koncepcji w latach dwudziestych i trzydziestych dziewiętnastego wieku. Kiedy mu o tym powiedziałem, było to dla niego kompletną nowością.
ROSTEN: Jak na to zareagował? Czy spowodowało to u niego jakąś nieśmiałość?
HAYEK: O nie, w żadnym wypadku. Był na to zbyt pewny siebie, przekonany, że to, co inni ludzie mogli powiedzieć na ten temat nie miało większego znaczenia. Krótko po napisaniu Ogólnej teorii był on tak przekonany, że stworzył całą nauką od nowa, że odnosił się wręcz pogardliwie do wszystkiego, co zostało zrobione wcześniej.
ROSTEN: Czy zachował tę pewność do końca?
HAYEK: Nie jestem w stanie powiedzieć, gdyż jak już wspomniałem wcześniej, niemalże całkowicie zaprzestaliśmy rozmawiać o ekonomii. Interesowało nas wiele innych tematów - jego ogólna teoria idei i tak dalej. Nie chciałbym dać wrażenia, że nie doceniam go jako umysłu. Keynes był jednym z najbardziej inteligentnych i oryginalnych myślicieli jakich poznałem. Ale ekonomia była dla niego tylko bocznym torem. Miał fantastyczną pamięć, był niezwykle oczytwany, ale ekonomia nie była jego głównym zainteresowaniem. Jego własnym zdaniem, mógł on stworzyć od nowa tę dziedzinę, a do większości ekonomistów czuł raczej pogardę.
- 13.04.2009 | Komentarzy: 2 »
- Kasowanie za godzinę, ekonomiści o modelu rozliczeń w BigLaw
-
Nuno Garoupa (University of Illinois College of Law & University of Manchester School of Law) i Fernando Gomez-Pomar (Universitat Pompeu Fabra) opublikowali w najnowszym numerze The Journal of Law, Economics, & Organization (Vol. 24, No. 2) artykuł zatytułowany Cashing by the Hour: Why Large Law Firms Prefer Hourly Fees over Contingent Fees, w którym zastanawiają się dlaczego wśród dużych firm prawniczych dominuje model rozliczeń oparty na godzinach poświęconych klientowi, zamiast znacznie efektywniejszego (jak dowodzi współczesna literatura ekonomiczna) modelu no win no fee (rozliczenie warunkowe, zależne od rezultatu).
Autorzy przedstawiają najpierw możliwe wyjaśnienia od strony popytowej. Po pierwsze, powodowie będący klientami mniejszych kancelarii często nie mogą sobie pozwolić na opłacenie prawnika z góry, więc wymagają modelu contingent fees, który stanowi de facto kredytowanie klienta przez kancelarię. Tego problemu nie ma raczej w segmencie korporacyjnym obsługiwanym przez BigLaw.
Druga możliwość to kwestia podziału ryzyka. Bardziej efektywne jest przeniesienie ryzyka na grupę osób (partnerów kancelarii) niż na pojedynczego klienta (osobę fizyczną) - stąd no win no fee. Podobnie, bardziej efektywne jest przeniesienie ryzyka z firmy prawniczej na spółkę publiczną (partner w kancelarii nie może sprzedać swoich udziałów, udziałowcy spółki akcyjnej, w szczególności notowanej na giełdzie - mogą swoje ryzyko dywersyfikować z łatwością).
Kolejny scenariusz to znaczenie tzw. kosztów agencyjnych (agency costs). W przypadku BigLaw, ich klienci mają często dużo więcej możliwości uzyskania informacji o efektywności kancelarii, często dzięki dłuższym relacjom i faktowi, że większość kontaktów z zewnętrznymi firmami prawniczymi odbywa się poprzez wewnętrzne działy prawne. Co więcej, dla korporacji-klientów billingowanie za godziny jest wygodniejsze niż tzw. “value-billing” (rozliczenie w oparciu o ocenę wartości usługi dla klienta przez partnera prowadzącego) stosowany przez niektóre firmy. Segment “detaliczny” charakteryzuje się cechami przeciwnymi do wyżej wspomnianych, stąd nacisk na alternatywny sposób rozliczania.
Autorzy zauważają także, że w sytuacji billingowania za godziny, klient ma często znaczną kontrolę nad sprawą, co zwykle nie ma miejsca w modelu contingent fees. Klient mający czas i zasoby na kontrolowanie pracy zewnętrznej kancelarii (poprzez swój departament prawny) będzie bardziej zainteresowany modelem godzinowym, niż klient który ma zbyt wysokie koszty alternatywne.
Od strony podażowej autorzy konstruują model formalny, który prowadzi ich do interesujących wniosków. Zauważają między innymi, że model contingent fees może powodować, że prawnicy poświęcą zbyt dużo zasobów kancelarii do obsługi danej sprawy, szczególnie że nie biorą w pełni pod uwagę kosztu alternatywnego wspólnych zasobów (paralegals, sekretarek, materiałów biurowych, etc.). Model godzinowy może stanowić rozwiązanie tego problemu.
W swojej pracy Garoupa i Gomez-Pomar podają też kilka możliwych odpowiedzi na pytanie dlaczego duże korporacje wybierają duże firmy prawnicze, zamiast mniejszych (w domyśle - tańszych). Oprócz dość oczywistych, jak to że tylko BigLaw jest w stanie zaoferować obsługę w wielu porządkach prawnych lub złożone wielopłaszczyznowe rozwiązania (IPO, M&A), autorzy wskazują też na ciekawy aspekt pragmatyki korporacyjnej - kadra zarządzająca może znacznie łatwiej uchronić się przed konsekwencjami przegrania sprawy (porażki), jeśli zatrudniona została znana i prestiżowa firma prawnicza, nawet jeśli wiąże się to z większymi kosztami i nawet jeśli jakaś mniejsza kancelaria potencjalnie mogła sprawę wygrać. Jest to jednak tylko mały podrozdział w wielkiej księdze nieefektywności korporacji (które mimo wszystko wydają się przeważać koszty transakcyjne totalnego outsource’ingu).
- 02.09.2008 | Nie ma komentarzy »
- Nagroda Friedmana dla Balcerowicza?
-
Simeon Djankov z Banku Światowego, napisał na blogu Doing Business, że kapituła The Friedman Prize przyznawanej przez libertariański (sort of) Cato Institute, rozważa cztery kandydatury: Vaclava Klausa, Leszka Balcerowicza, Rogera Douglasa i Ruth Richardson (ostatnia dwójka wiąże się z reformami w Nowej Zelandii).
O ile na temat Nowej Zelandii i tamtejszych reform trudno mi się wypowiadać (szczególnie, że wśród specjalistów opinie są spolaryzowane), to łatwo zauważyć, że kwestia polskich reform przez Amerykanów jest traktowana bardzo powierzchownie. Djankov stawia na Balcerowicza, ja osobiście chętniej widziałbym laureatem Klausa (aczkolwiek nie zdziwię się jeśli wygra były prezes NBP).
- 25.03.2008 | Komentarzy: 2 »
- Hayek o Keynesie
-
Mateusz Machaj w swoim tekście opublikowanym na stronie Instytutu Misesa cytuje mój ulubiony ustęp Friedricha A. von Hayeka na temat J. M. Keynesa. Bardzo ciekawie prezentuje się on szczególnie w kontekście cytowanej przeze mnie już wcześniej wypowiedzi Miltona Friedmana (I think Keynes was a great economist. I think “General Theory” is a great book.).
Jego idee były głęboko osadzone w Marshallowskiej ekonomii, która była jedyną ekonomią, jaką znał. Chociaż był wszechstronnie oczytany, to jego wykształcenie ekonomiczne było ograniczone. Nie znał dobrze żadnego obcego języka oprócz francuskiego. Jak sam kiedyś stwierdził, z niemieckiego tekstu był w stanie zrozumieć tylko to, co już wcześniej znał. Ciekawe jest, że przed pierwszą wojną światową zrecenzował Theory of Money L. von Misesa dla Economic Journal (podczas gdy A. C. Pigou zrecenzował niewiele wcześniej Wicksella) i niczego się z tej książki nie nauczył. Obawiam się, że zanim zaczął rozwijać swoje teorie, nie miał solidnego wykształcenia w teorii ekonomii. Zaczynał od dość elementarnej ekonomii Marshalla, a dorobek Walras, Pareto, Austriaków i Szwedów stanowił dla niego zamkniętą księgę. Mam powody wątpić, czy w pełni opanował teorię handlu międzynarodowego; nie sądzę, by kiedykolwiek gruntownie przemyślał teorię kapitału; nawet w teorii wartości pieniądza, którą zajmował się we wczesnych pracach (by później ją krytykować) równania wymiany ilościowej teorii pieniądza interpretował w sposób uproszczony, a nie bardziej wyrafinowany jak u Alfreda Marshalla.
- Hayek, Friedrich A. 1966. „Personal Recollections of Keynes and the ‘Keynesian Revolution’”, w: Hayek, Friedrich A. 1978. New Studies in Philosophy, Politics, Economics and the History of Ideas. London: Routledge and Kegan Paul.
- 04.02.2008 | Nie ma komentarzy »
- Kiedy nadejdzie kryzys, czyli o przewidywaniu w ekonomii
-
W związku z wpisem na blogu Szymona Mazurka nachodzi mnie taka refleksja - a może faktycznie ekonomia nie jest o zgadywaniu i wróżeniu ze szklanej kuli, ale o wyjaśnianiu procesów i wskazywaniu na prawidłowości? Oczekuje się od ekonomistów, żeby odpowiedzieli na pytanie - będzie kryzys czy nie - ale tak naprawdę to nikt na to pytanie nie jest w stanie odpowiedzieć.
Ze względu na ideologiczne sympatie niektórzy będą wieszczyć kryzys zawsze (e.c. Austrians), inni znowuż rękami i nogami będą się bronić przed takim stwierdzeniem; inni jeszcze będą zawsze mieli gotowe niezawodne recepty jak kryzysu uniknąć (vide artykuł S. Brittana w dzisiejszym FT). Wygląda jednak na to, że żadna teoria, niezależnie od stopnia formalizacji, czy wykorzystanych narzędzi, zwyczajnie nie jest w stanie uwzględnić właśnie tych czynników, które w ostatecznym rozrachunku zdecydują jak w przyszłości będzie wyglądać gospodarka.
I nie chodzi mi o uwzględnianie wszystkich możliwych czynników - praktyka pokazuje, że nawet wybranie i wyważenie tych najważniejszych sprawia poważne problemy. Przykładem może być tutaj zjawisko określane jako disinflation, czyli zmniejszenie inflacji (nie mylić z deflacją). Wiąże się ono z “przykrywaniem” inflacji przez wzrost produkcji, konkurencyjności, rozwój technologii. Ale jak to wszystko wymierzyć? Jak (nie arbitralnie) podać stopę inflacji, który wskaźnik wybrać?
Może wizja Miltona Friedmana (Methodology of Positive Economics, 1966) ekonomii jako nauki skierowanej na przewidywanie, to chimera, której nie warto łapać? Może lepiej skupić się na wyjaśnianiu tego, co wyjaśnić można? Oczywiście każdy ekonomista może mieć swoje przewidywania, co do przyszłości, tylko czy to jest istota ekonomii?
Czy będzie kryzys? Prawdopodobnie tak - jest to bardzo wygodna odpowiedź dopóki nie mówimy kiedy. Kiedy? Who knows…
- 18.01.2008 | Komentarzy: 8 »
- Zmierzch fonografii
-
Michael Arrington* opublikował na blogu TechCrunch bardzo wartościowy tekst The Music Industry’s Last Stand Will Be A Music Tax. Cytuję:
Staje się coraz bardziej i bardziej trudnym dla przemysłu muzycznego ignorowanie podstawowej ekonomii jego własnej branży: nieegzekwowalnych praw własności (nie możesz pozwać wszystkich) i zerowego marginalnego kosztu produkcji (dzielenie plików jest śmiesznie proste).
I dalej:
Możesz nie zgadzać się z tym, że jest “sprawiedliwe”, że cena nagrań muzycznych będzie wynosić zero lub niemal zero, ale nie możesz nie zgodzić się z tym, że tak się stanie.
Jak więc wyglądać będzie nowy rynek muzyczny?
Osobiście uważam, że nowa era darmowych nagrań i płatnych koncertów jest bardzo dobrą rzeczą. Muzyczne nagrania staną się narzędziem marketingowym, zachęcającym ludzi do płacenia za koncerty i różne gadżety. Przemysł muzyczny będzie mniejszy w kategoriach przychodu, ale artyści chcący tworzyć sztukę, będą robić to nadal i wielu z nich będzie z tego dostatnio żyło.
Arrington wskazuje, że koncerny muzyczne mają tylko jeden ratunek i już czynią kroki w jego kierunku - chodzi oczywiście o powszechny podatek na ich rzecz. Autor dowodzi, że takie rozwiązanie zabije innowacyjność w branży, co nie dla każdego jest oczywiste (choć być powinno).
Jak już powiedziałem wcześniej, proszenie państwa o ratowanie umierającej branży jest zawsze (zawsze) złym pomysłem. A w tym konkretnym przypadku jest to monumentalnie głupi, niebezpieczny i zły pomysł.
Marcin Jagodziński w swoim komentarzu na ten temat posłużył się bardzo trafnym porównaniem:
dokładnie tak. muzyka towarzyszy nam od tysięcy lat i jeszcze trochę potowarzyszy. a płyty mają lat zaledwie 100. “koncerny płytowe”. przecież to brzmi jak “fabryki lokomotyw parowych”!
Nic dodać, nic ująć.
* M. Arrington - ekonomista, prawnik, przedsiębiorca, właściciel jednego z najbardziej poczytnych blogów na tej planecie - TechCrunch - z tego też powodu “guru wszystkich guru”.
Więcej o tej postaci: http://online.wsj.com/article/SB116244521605611149.html - 11.01.2008 | Jeden komentarz »
- Zaproszenie na konferencję
-
Zapraszamy na międzynarodową konferencję 27 października 2007. Polscy i zagraniczni specjaliści wygłoszą serię wykładów na temat dorobku Misesa i znaczenia Ludzkiego działania. Będą dyskutować o perspektywach rozwoju austriackiej szkoły ekonomii. Każdy będzie mógł zadać pytanie, włączyć się do dyskusji, porozmawiać w kuluarach.
- 21.10.2007 | Nie ma komentarzy »
- Phelps o ekonomii
-
Ubiegłoroczny laureat nagrody Nobla, prof. Edmund Phelps, został zaproszony na lunch przez reportera Financial Times, podczas którego wygłosił bardzo ciekawą opinię: (za: Marginal Revolution)
Phelps feels that he is at the stage in his career “where I can afford to be as radical as I want to be. And so I am having a lot of fun thinking about capitalism and trying to imagine how economics would have to be re-written to capture the heart of that kind of system.” Traditional economics, he explains, sees the world as if it were a plumbing system. “It’s basically rooted in equilibrium – things work out as people expect them to do.” Capitalist reality, however, “is a system of disorder. Entrepreneurs have only the murkiest picture of the future in which they are making their bets, and also there is ambiguity, they don’t know when they push this lever or that lever that the outcome is going to be what they think it is going to be – there is the law of unanticipated consequences. This is not in the economic text books, and my mission, late in my career, is to get it into the text books.”
- 20.08.2007 | Nie ma komentarzy »
- Racjonalność ludzkiego działania a ekonomia
-
Bardzo często zarzuca się, że ekonomia opiera się na nieracjonalnym (nierealistycznym) założeniu o racjonalności ludzkiego działania. Ta opinia wynika z niezrozumienia przedmiotu badań ekonomii i znaczenia, które racjonalności działania przypisują ekonomiści.
Prof. Joseph Salerno (Pace University) wyjaśnił tę kwestię w sposób następujący:
Kiedy ekonomiści mówią, że ludzie wybierają racjonalnie, nie mają na myśli, że te wybory są samolubne, hedonistyczne, etyczne, odpowiedzialne, legalne, moralne, nie impulsywne lub nie prowadzą do samozagłady. Mówią oni po prostu, że działanie jest celowe. Jeśli ktoś zakłada coś więcej niż celowość, to w żadnej mierze nie dokonuje on analizy ekonomicznej. Ludzie świadomie wybierają środki do osiągnięcia najbardziej pożądanych przez siebie celów. Narkoman, złodziej, czy samobójca – wszyscy ci ludzie działają racjonalnie w sensie ekonomicznym. Złodziej nie używa banana, by obrabować bank, używa pistoletu; wykorzystuje środki, które są przystosowane do osiągnięcia danego celu. Samobójca nie skacze z metrowego stołu, skacze z mostu. Działa celowo. Podobnie jest z mordercą itd. Mówiąc, że działają oni nieracjonalnie, narzucamy sąd wartościujący ich czyny.
- 30.07.2007 | Komentarzy: 3 »




Mikołaj Barczentewicz
Adres jest jak najbardziej właściwy, ale jak się okazuje blog chyba już nie działa. S...
konsiliencja
Otrzymuję komunikat, że podany blog nie istnieje. Czy link jest właściwy?...
JMF
Ksiażka jest do nabycia w większości polskich księgarń, a także na www.fijor.com. P...
Mikołaj Barczentewicz
Obecnie tylko w polskim wydaniu "Etyki Wolności"....
Darek
A gdzie można przeczytać Pana artykuł Etyka wolności Murraya N. Rothbarda?...