Rozprawa w sprawie mojej skargi na Prezydenta RP – 6 X, godz. 9
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyznaczył termin rozprawy w sprawie sygn. akt II SAB/Wa 277/11 z mojej skargi na bezczynność Prezydenta RP w przedmiocie rozpatrzenia wniosku o udostępnienie informacji publicznej.
Rozprawa odbędzie się we czwartek 6 października 2011 r. o godz. 09:00 w Sali F WSA w Warszawie (ul. Jasna 2/4).
Sagi opinii prawnych ws. OFE ciąg dalszy: nazwisk nie poznamy
Odebrałem dzisiaj kolejną porcję korespondencji z Kancelarii Prezydenta RP. Tym razem była to odpowiedź na mój wniosek o ponowne rozpatrzenie (informacja PAP o tym wniosku) decyzji o odmowie udostępnienia mi informacji w postaci m.in. treści umów zlecenia opinii prawnych ws. ustawy o OFE, nazwisk autorów i wysokości wynagrodzenia.
W piśmie przewodnim Kancelaria Prezydenta informuje mnie, że nie przysługiwał mi wniosek o ponowne rozpatrzenie, gdyż pismo, które potraktowałem jako decyzję administracyjną, taką decyzją nie było. Jednocześnie doręczono mi decyzję administracyjną o odmowie udostępnienia informacji publicznej w zakresie udostępnienia imion i nazwisk wykonawców umowy. Oznacza to, że Kancelaria Prezydenta w swoim własnym przekonaniu uchybiła prawnego obowiązku wydania decyzji administracyjnej i pozostawała do tej pory w stanie bezczynności (moja interpretacja była bardziej przychylna Kancelarii Prezydenta). Na szczęście tym razem obyło się bez potrzeby interwencji sądu.
Przy okazji pismo przewodnie podaje jedną ciekawą informację – opinie prawne ws. ustawy o OFE kosztowały podatnika 47 000 złotych brutto. Oczywiście wciąż niezgodnie z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej nie mam informacji ile było tych opinii i ile kosztowała każda z nich.
Z samą decyzją odmowną się nie zgadzam, ale o tym jeszcze będę pisał.
Zachęcam do zapoznania się z pismem Kancelarii Prezydenta (PDF – 130 KB) oraz decyzją administracyjną (PDF – 240 KB).
Dlaczego ustawa antyspreadowa nie jest zupełnie zła
Media doniosły właśnie, że Prezydent podpisał już tzw. ustawę antyspreadową. Ustawa ta spowoduje zmniejszenie zysków banków i jednocześnie obciążeń finansowych dla ich klientów. Co do zasady z wielką nieufnością podchodzę do tego typu regulacji, ale tym razem mam kilka argumentów, które łagodzą moje stanowisko.
Zacznijmy od krótkiego opisu ustawy z “Dziennika Gazety Prawnej”:
(…) już pod koniec sierpnia posiadacze kredytów walutowych będą mogli spłacać je walutą zakupioną w kantorach lub innych bankach, a instytucje, w których są zadłużeni, nie będą mogły żądać od nich żadnych dodatkowych opłat. Tak robiły do tej pory, aby zmusić klientów do zakupu waluty w macierzystym oddziale banku. A w niektórych bankach spread – czyli różnica między kursem kupna a sprzedaży waluty – sięgał kilkunastu procent. – To na pewno ukróci apetyty banków. Choć to mechaniczny sposób zmniejszenia asymetrii, jaka występuje między klientem a bankiem w dostępie do informacji, to jednak trzeba pamiętać, że klient często faktycznie nie wie, na co się decyduje – uważa prof. Elżbieta Mączyńska z SGH.
Banki są oczywiście przeciwne, co nie stanowi żadnej niespodzianki. Ja jednak nie stoję tu po stronie banków. Dlaczego? W Polsce kredytów udzielać mogą wyłącznie banki. Żeby założyć bank pokonać trzeba istotne bariery wejścia – i nie chodzi tylko o same wymogi kapitałowe, ale też o koszty administracyjne dostosowania się do wszystkich szczegółowych regulacji. Paradoksalnie, te bariery i regulacje działają na korzyść istniejących banków, gdyż zapewniają ograniczenie konkurencji na wszystkich rynkach, na których bankom prawo przyznaje monopol.
Mamy więc sytuację, w której banki mają monopol na udzielanie kredytów i jednocześnie konkurencja między bankami ograniczona jest przez prawo. Naturalnym efektem jest pobieranie przez banki tzw. renty monopolistycznej – co w uproszczeniu oznacza, że mogą realizować większe zyski niż byłoby to możliwe, gdyby nie ochrona (przywileje), którą im państwo zapewniło.
Ustawę antyspreadową można więc potraktować jako instrument do zmniejszenia nieakceptowanej społecznie renty monopolistycznej pobieranej przez banki. Nacisk chciałbym położyć jednak na dwie rzeczy, o których łatwo zapomnieć przy okazji tej debaty:
- Lepszym rozwiązaniem od takiej pośredniej regulacji cen jest likwidacja źródła monopolu – w tym przypadku zwyczajnie należałoby zliwkidować monopol banków na udzielanie kredytów.
- To nie jest przykład porażki rynku (market failure) ale porażki rządu (government failure) – niedostatateczna konkurencja na rynku bankowym jest winą systemu prawnego, z którego znacznie bardziej koszystają obecnie działające banki niż konsumenci i przedsiębiorcy, którzy potencjalnie mogliby z bankami konkurować.
Odpowiedź Prezydenta na moją skargę
Wczoraj doręczona została mi odpowiedź Prezydenta RP na złożoną przeze mnie skargę na bezczynność do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Zachęcam do zapoznania się z jej treścią – według mojej wiedzy jest ona niemal identyczna w porównaniu do odpowiedzi, którą otrzymała Fundacja ePaństwo. Dla przypomnienia – Kancelaria Prezydenta przegrała już sprawę ze skargi Fundacji ePaństwo na bezczynność. Rozstrzygnięcia w mojej sprawie spodziewam się w pierwszej połowie września.
Treść skargi w PDF – link (565 KB).
W “Dzienniku” o nowelizacji ustawy o dostępie
Polecam tekst w dzisiejszym “Dzienniku Gazecie Prawnej” o pracach nad nowelizacją ustawy o dostępie do informacj publicznej – “Urzędnicy nie zablokują dostępu do opinii i analiz prywatyzacyjnych”:
Posłowie w podkomisji nie zgodzili się na ograniczenie dostępu do analiz i opinii dotyczących prywatyzacji, komercjalizacji oraz spraw sądowych, z udziałem Skarbu Państwa i samorządu. (….)
Przyjęte przez Radę Ministrów przepisy nie wytrzymały krytyki organizacji pozarządowych, które alarmowały, że pozwalają one na utajnienie niemal każdej informacji publicznej.
– Sprawa nie jest jeszcze wygrana. Być może strona rządowa będzie próbowała wprowadzić przepis w jakiejś zmodyfikowanej wersji jeszcze na etapie komisji lub potem – mówi Mikołaj Barczentewicz, współpracownik Fundacji FOR.
– Od początku uważaliśmy, że ten przepis byłby niezgodny z konstytucją oraz zdrowym rozsądkiem. Na szczęście posłowie dali się przekonać – dodaje Mikołaj Barczentewicz.
Brawo posłowie! Art. 5a wykreślony
Podczas dzisiejszego posiedzenia sejmowej podkomisji rozpatrującej pilny rządowy projekt nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej posłowie jednomyślnie zdecydowali o wykreśleniu zbędnego i szkodliwego art. 5a z projektu (7 głosów za, 0 przeciw). Wnioski o wykreślenie tego przepisu zgłosili poseł Artur Górski (PiS) oraz Jan Widacki (SLD).
Mam nadzieję, że ta zmiana w projekcie nowelizacji utrzyma się do końca procesu legislacyjnego. Co prawda strona rządowa podjęła próbę modyfikacji art. 5a, lecz – jak słusznie stwierdził przedstawiciel sejmowego Biura Legislacyjnego – ta zmiana redakcyjna nie powodowała zmiany merytorycznej.
List otwarty “CZY PAN LUBI BYĆ OKRADANYM?”
Na adres Fundacji FOR doręczony został kilka dni temu bardzo interesujący list otwarty skierowany do mnie, zatytułowany “CZY PAN LUBI BYĆ OKRADANYM?”. Jako, że jest to list otwarty, a jego treść może dostarczyć wiele radości czytelnikom (w szczególności prawnikom), postanowiłem go udostępnić (po małej anonimizacji).
Zachęcam do lektury: list otwarty w PDF.
Odpowiedź Kancelarii Prezydenta: opinie są pisemne i opłacone z naszych podatków
Dwa tygodnie temu wysłałem do Kancelarii Prezydenta drugi wniosek o udostępnienie informacji publicznej, którego przedmiotem była m.in. treść umów o wykonanie opinii prawnych o ustawie o OFE, a w szczególności nazwiska autorów i wysokość ich wynagrodzenia. Wczoraj otrzymałem odpowiedź, która rozwiewa niektóre wątpliwości co do tych opinii. Oczywiście, jak można się było spodziewać, Kancelaria Prezydenta wciąż wybiórczo stosuje ustawę o dostępie do informacji publicznej i części informacji postanowiła nie ujawnić – ale o tym za chwilę.
Czego dowiedziałem się z wczorajszego pisma? (Treść w PDF: strona 1, strona 2)
- “Skarb Państwa – Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zawarła pisemne umowy z osobami nie będącymi pracownikami Kancelarii Prezydenta (…), których przedmiotem było wykonanie opinii naukowych odnoszących się do rozwiązań prawnych zawartych w projekcie ustawy (…), w tym w zakresie zgodności z Konstytucją RP.”
- “Umowy zostały zawarte w dniu 22 lutego 2011 roku (…)”.
- “Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej nie nabyła praw autorskich do wykonanych opinii.”
- “Wysokość wynagrodzenia za wykonanie pisemnych opinii nie przekroczyła środków finansowych przeznaczonych na ten cel w planie finansowym Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.”
Jakich zaś informacji nie otrzymałem – wbrew prawnemu obowiązkowi organu do ich udostępnienia?
Pełnej treści umowy – a nie tylko opisu
Treść umów jest informacją publiczną. Polecam w tym kontekście np. wyrok WSA w Olsztynie (II SA/Ol 713/09):
Zawarcie umowy zlecenia na wykonanie określonych czynności na rzecz organu samorządu terytorialnego, mimo że nie podlegało przepisom Prawa zamówień publicznych, skutkowało wytworzeniem informacji o charakterze publicznym. Informacja ta ma postać dokumentów: umowy i rachunków związanych wykonaniem tej umowy. Gdyby organ uznał, że udzielenie tej informacji narusza którąś z tajemnic ustawowo chronionych winien odmówić jej udostępnienia w drodze decyzji z powołaniem się na konkretny przepis dający organowi taką możliwość.
Wysokości wynagrodzenia
Co do statusu wysokości wynagrodzenia jako informacji publicznej WSA wypowiedział się w tym samym wyroku:
Wobec powyższego, skoro informacja publiczna dotyczy spraw publicznych, w szczególności zaś majątku publicznego i gospodarki finansowej prowadzonej przez organy samorządu terytorialnego, to wynagrodzenie za wykonane na rzecz tego organu czynności mieści się w definicji informacji publicznej, w szczególności w art. 6 ust. 1 pkt 5 u.d.i.p. Z naruszeniem zatem art. 2 ust. 1, art. 3 ust. 1 pkt 1 i art. 16 ust. 1 u.d.i.p. odmówiono skarżącemu udostępnienia rachunków wystawionych przez zleceniobiorcę.
Zupełnym kuriozum jest ostatnie zdanie pisma organu, które trudno inaczej interpretować niż jako wyraz nieznajomości prawa:
W pozostałym zakresie Pana wniosek nie znajduje oparcia w przepisach ustawy (…), w szczególności z tego względu, że żądane informacje nie stanowią informacji publicznej bądź podlegają wyłączeniu na podstawie art. 5 ww. ustawy.
Wypadałoby przypomnieć Kancelarii Prezydenta, że w przypadku, gdy organ chce odmówić udostępnienia informacji publicznej ze względu na wyłączenia z art. 5 u.d.i.p. to nie ma on innego wyjścia niż wydać decyzję administracyjną (art. 16 u.d.i.p.), w której każdy konkretny przypadek wyłączenia oceniony byłby indywidualnie.
Nie chcą ekspertów przy rozpatrywaniu ustawy o dostępie
W najbliższy wtorek 26 lipca odbędzie się pierwsze czytanie projektu nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej podczas posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych i Administracji. Z informacji, które uzyskała Fundacja FOR wynika, że poseł Marek Biernacki z PO, przewodniczący Komisji, podjął decyzję, że na to posiedzenie nie zostaną zaproszeni/ wpuszczeni żadni zewnętrzni eksperci. Rodzi to obawę, że partia rządząca wbrew głośnej publicznej krytyce będzie próbować na siłę uchwalić projekt wraz z nieszczęsnym art. 5a, o którym już pisałem.
Przypomnę jedynie kilka głosów krytycznych wobec art. 5a:
– Jesteśmy kompletnie zaskoczeni. Ograniczenia do projektu wprowadzono w ostatniej chwili, bez konsultacji z organizacjami pozarządowymi – mówi Krzysztof Izdebski, pełnomocnik Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. I dodaje zbulwersowany: – Nowelizacja miała dotyczyć zupełnie innych obszarów, jest niezgodna z przyjętymi dwa miesiące wcześniej założeniami.
Tymczasem nowelizacja ma zostać uchwalona jeszcze przed wakacjami, w trybie pilnym. A to oznacza, że projekt w Sejmie będzie głosowany, a nie konsultowany. (…)
Zmianami w projekcie, które mają ograniczyć dostęp do informacji publicznych, zaskoczony jest dr Grzegorz Sibiga, prawnik z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, który dla MSWiA konsultował kierunek zmian w tym właśnie projekcie.
– Zostały wprowadzone w ostatniej chwili, rzeczywiście nowelizacja nie tego miała dotyczyć, a kontrowersyjny art. 5a pojawił się już po przyjęciu założeń – przyznaje dr Sibiga.
Zakaz wyborczych reklam to zły pomysł
Dziś oczekiwany jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego w związku z wnioskiem posłów PiS o stwierdzenie niekonstytucyjności m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Senatu i właśnie zakazów reklamy w postaci plakatów większych niż 2 metry kwadratowe oraz płatnych spotów radiowych i telewizyjnych. O ile jednomandatowe okręgi są dobrym rozwiązaniem, to ograniczenia sposobów reklamy wyborczej w moim przekonaniu nie mają uzasadnienia.
AKTUALIZACJA: Bardzo dobry wyrok Trybunału Konstytucyjnego: zakazy reklam uznane za niezgodne z Konstytucją, za to jednomandatowe okręgi się ostały.
Prześledźmy kilka argumentów przeciwników reklam wyborczych (kontrargumenty oparte są na raporcie Cato Institute – Political Advertising Regulation: An Unconstitutional Menace?).
Krótkie spoty telewizyjne i billboardy nie pozwalają na przekazanie wartościowej informacji wyborcom.
Przecież komitety wyborcze dostają czas antenowy za darmo i to w dużej ilości, więc po co im dodatkowo 30-sekundowe spoty. Taka reklama nic do debaty nie wniesie. Nie zgadzam się, gdyż:
- Istotne wiadomości można przekazać w formie zwięzłej – nie potrzeba do tego 5 minut czasu antenowego
- Co więcej, większa długość przekazu wcale nie przekłada się na jego konkretność i przydatność dla wyborców – co z tego, że np. PSL będzie pokazywać pola i kombajny przez 5 minut zamiast 30 sekund?
- Jest za to zasadnicza różnica między darmowymi, długimi audycjami wyborczymi, a krótkimi spotami – te drugie trafiają do znacznie większej grupy wyborców. Komu chce się godzinami oglądać audycje wyborcze?
- Sukces polityczny wiąże się ze zdolnością do zwięzłego przedstawiania skomplikowanych problemów – jeśli ktoś nie potrafi tego robić, to nie powinien zajmować się polityką.
Krótkie spoty i billboardy zwykle koncentrują się nie na merytoryce, ale na emocjach – nie przyczyniają się więc do informowania wyborców.
W 1972 r. w USA przeprowadzono badanie, które wykazało, że wyborcy więcej dowiedzieli się o stanowiskach polityków wobec różnych kwestii z krótkich reklam telewizyjnych niż z niezależnych programów informacyjnych. Interesujące, jak wyniki takiego badania wyglądałyby w Polsce. Nie jest wykluczone, że podobnie. Oczywiście nie oznacza to, że wyborcy wiedzą dużo – chodzi tylko o źródło skąd wiedzą, to co wiedzą.
Krótkie spoty i billboardy promują kłamstwa i demagogię.
Życzę powodzenia zwolennikom tego argumenty w wykazaniu, że spoty telewizyjne są bardziej kłamliwe i demagogiczne niż wystąpienia na spotkaniach z wyborcami. Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie – to publiczne spoty są narażone na większą krytykę wyborców i dziennikarzy – kłamstwa w nich zawarte będą miały jeszcze “krótsze nogi” niż te wygłoszone na festynach z kiełbasą wyborczą.
Krótkie spoty i billboardy są zbyt kosztowne dla małych partii, a w szczególności dla pozaparlamentarnych komitetów wyborczych – ich dopuszczenie promuje więc te partie, które już mają silną pozycję w parlamencie.
Spoty telewizyjne i reklama wielkopowierzchniowa są bardziej efektywne niż inne media reklamowe. W 1983 r. w USA oszacowano, że koszt dotarcia do wyborcy za pomocą reklamy telewizyjnej wynosił 0.5 centa, podczas gdy dla reklamy prasowej było to 1.5 centa a dla ulotek przesyłanych pocztą – 25 centów. Komitet wyborczy z małym budżetem powinien wydawać pieniądze jak najbardziej efektywnie, najlepiej na reklamy telewizyjne – jeśli wszystkie partie będą musiały się ograniczyć do festynów, które w przeliczeniu na wyborcę są bardziej kosztowne, to jest to korzyść dla partii bogatych.
Inna prawidłowość obserwowana w USA polega na tym, że negatywne (atakujące) kampanie telewizyjne są narzędziem kandydatów spoza parlamentu, którzy za pomocą agresywnej kampanii chcą usunąć ze stanowisk swoich przeciwników, co nierzadko się im udaje.
“Szkoda tych pieniędzy, którzy wszyscy wyrzucą na billboardy i spoty” (Donald Tusk, źródło)
Można zrozumieć żal premiera, gdyż ograniczenia reklamy były w interesie partii rządzącej. Ale chyba nikt nie wierzy, że zakaz spowodowałby zmniejszenie wydatków na kampanię wyborczą? Naturalnie te same miliony złotych trafiłyby we wszystkie inne kanały promocji. Można tylko zgadywać, co zdominowałoby przedwyborczy krajobraz. Moje typy to: festyny z gwiazdkami estrady i kiełbasą wyborczą, niespotykane wcześniej ilości plakatów do 2 metrów kwadratowych (wiaty przystankowe, może jakieś zupełnie nowe nośniki), zalew reklam w prasie wszelakiej, zalew reklam w internecie.
Premier chciałby, żebyśmy uwierzyli, że reklamy w tych “alternatywnych” kanałach promocji byłyby mniej “upartyjnione” i bardziej “cywilizowane” niż te w radiu i telewizji. Ja nie widzę podstaw do takiej wiary.
Krótko mówiąc, zakaz wyborczych reklam to zły pomysł.
