O potrzebie powściągliwości w prawie antymonopolowym
Zachęcam do lektury mojego working paper poświęconego krytyce polskiego prawa antymonopolowego:
Prawo antymonopolowe w obecnym kształcie jest kontrowersyjnym projektem ingerencji państwa w gospodarkę i powinno być traktowane z odpowiednią nieufnością. Historia tego typu regulacji, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, pokazuje, że były one często w pierwszej kolejności narzędziem protekcjonizmu i walki z bardziej efektywnymi konkurentami. W artykule tym autor miał na celu pokazanie wątpliwości, które rodzą ekonomiczne podstawy prawa antymonopolowego, w szczególności teoria konkurencji doskonałej oraz neoklasyczna teoria firmy w tradycyjnej wersji. Wydawałoby się, że rozwój ekonomii i duża ilość publikacji zarówno empirycznych, jak i teoretycznych doprowadzą do usunięcia pozostałości „strukturalizmu” w prawie antymonopolowym. Tak się jednak nie stało.
W artykule przywołane są dwa jaskrawe przykłady zakazów działań rzekomo antykonkurencyjnych, które znajdujemy w polskiej ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów. Pierwszy z nich, bezwzględny zakaz ustalania minimalnej ceny odsprzedaży, który w praktyce Prezes UOKiK wywodzi z art. 6 ust. 1 pkt 1 u.o.k.k., należy ocenić szczególnie negatywnie w świetle panującej zgody w nauce ekonomii co do bezzasadności tzw. zakazów per se tego typu działań. Drugi dotyczy tzw. drapieżnictwa cenowego, czyli stosowania cen rażąco niskich, uznawanego za zakazane na podstawie art. 9 ust. 2 pkt 1 u.o.k.k. Wyrazić można jedynie nadzieję na debatę o kształcie polskiego prawa antymonopolowego, które grzeszy brakiem powściągliwości, na czym cierpią zarówno konkurencja, jak i konsumenci.
Pobierz tekst w PDF.
Martwa ręka czy żyjące drzewo? O wykładni Konstytucji USA
Zapraszam do lektury tekstu, który opublikowany został w styczniowym numerze miesięcznika Samorządu Studentów Wydziału Prawa i Administracji UW – Lexu§
Z jednej strony mało atrakcyjne wydaje się, by żyjący byli rządzeni “martwą ręką” autorów dokumentu sprzed dwóch wieków. Z drugiej strony nie jest łatwo zaakceptować, że dokument ten jest „żyjącym drzewem” i zmienia swoje znaczenie wraz z rozwojem języka i obyczajów. Amerykański konstytucjonalizm stoi właśnie przed taką kontrowersją. Jak więc interpretować dokument, który ma 223 lata?
Każdy kto miał okazję chociaż pobieżnie zapoznać się z problemami amerykańskiego konstytucjonalizmu, może odnieść wrażenie dużego chaosu pojęciowego. Fakt, że każdego roku wydaje się dziesiątki książek i publikuje setki artykułów w tej dziedzinie, przyczynia się tylko do bogactwa ontologii (rozumianej jako aparat pojęciowy nauki), a nie do jej uproszczenia. Na kilku przykładach postaram się po tej rafie przeprowadzić czytelnika, ale z góry uprzedzam, że nie jest to zadanie proste. Czytaj dalej >>
Mity o “insider trading”
Jak podaje Wikipedia “Insider trading (lub insider dealing) to transakcje akcjami danej spółki akcyjnej dokonywane przez osoby mające dostęp do informacji niejawnych dotyczących tej spółki”. Jest to oczywiście czyn zabroniony prawdopodobnie w całym cywilizowanym świecie, co oznacza niechybnie, że każdy kto się dopuszcza “insider trading” reprezentuje zło wcielone i nie zasługuje by uczciwy człowiek podał mu rękę na ulicy. Czy tak jest rzeczywiście osądźcie sami po przeczytaniu 15 mitów o “insider trading” autorstwa prof. Henry G. Manne’a [Źródło: Truth on the Market] – poniżej tłumaczenie najciekawszych moim zdaniem. Czytaj dalej >>
Wielki biznes przyjacielem regulacji
Nie jest żadną tajemnicą, że wielki biznes ma silne bodźce ekonomiczne, by lobbować za zwiększaniem regulacji, zarówno dotykających całą gospodarkę (np. rachunkowość), jak i konkretną branżę (np. wymogi bezpieczeństwa żywności). Rozumowanie jest bardzo proste – duża organizacja ma korzyści skali (ang. “economies of scale”) w radzeniu sobie z takimi uciążliwościami. Oznacza to, że koszt krańcowy takich regulacji jest niższy dla wielkiego biznesu niż dla małych i średnich przedsiębiorców.
Regulacje to wręcz podręcznikowy przykład barier wejścia prowadzących do petryfikacji struktury rynku. Ten efekt jest oczywiście na rękę dużym graczom – za pomocą państwa niwelują oni zagrożenie potencjalną konkurencją, a także często zmniejszają obecną konkurencję. Nie mówimy tu oczywiście o żadnym mitycznym “monopolu rynkowym”. Sytuacja jest tu bardzo prosta – działanie państwa wpływa radykalnie na strukturę rynku.
Czas na dwa krótkie przykłady, które znalazłem ostatnio:
- Wielcy producenci żywności w USA walczą właśnie z próbami zmniejszenia obciążeń administracyjnych dla mniejszych (“rodzinnych”) producentów. Przykład ten jest niezwykle ciekawy, gdyż w USA regulacje bezpieczeństwa produkcji żywności prowadzą do centralizacji tego rynku, która sama w sobie stanowi ryzyko epidemiologiczne!
- Zastanawialiście się kto najbardziej lobbuje za walką z globalną zmianą klimatu poprzez wprowadzenie sysetmu handlu uprawnieniami do emisji zanieczyszczeń? Żadna niespodzianka – Goldman Sachs, Lehman Brothers i Morgan Stanley z jednej strony, a Dupont i Alcoa z drugiej. Pierwsi widzą wielką okazję biznesową w rozszerzeniu “rynków finansowych” na handel emisjami (jeśli ktoś obserwuje rynek ropy naftowej może mieć powody do obaw). Drudzy liczą na duży przydział uprawnień do emisji, czyli “darmowych pieniędzy”, jak określa to jeden z komentatorów.
Jakieś propozycje przykładów z polskiego podwórka?
Anty-antymonopol raz jeszcze
Polecam recenzję, którą prof. Donald J. Boudreaux (GMU, Econ) uczcił drugie wydanie słynnej pracy sędziego Posnera “Antitrust Law”. Mój ulubiony fragment to oczywiście:
(…) Ale czy prawo antymonopolowe powinno dalej istnieć? Przy odpowiedzi na to pytanie kończy się moja zgoda z Posnerem. Opierając się na moim rozumieniu konkurencji, jak też i omylności (oraz nieunikalnie politycznej natury) publicznego egzekowowania ustaw antymonopolowych, wydaje mi się, że sytuacja konsumentów byłaby lepsza, gdyby wszystkie takie ustawy zostały uchylone a odpowiedzialni za ich egzekwowanie znaleźli inne zatrudnienie. (…)
Za czy przeciw jednomyślności w składzie sędziowskim?
Adam Liptak poruszył w The New York TImes bardzo ciekawy temat konfliktu między dążeniem przez sędziów Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych do kompromisu, pozwalającego na wydanie jednomyślnej decyzji, a dostrzeganą przez niektórych potrzebą bardziej odważnego orzecznictwa, które jest w praktyce możliwe jedynie przy formułowaniu koalicji 5 przeciwko 4.
Zgodnie z tradycją, Sąd Najwyższy USA liczy dziewięciu sędziów. Obecny skład osobowy sądu pozwala na budowanie koalicji “konserwatywnych” i koalicji “liberalnych” w czasie głosowania nad orzeczeniem w konkretnej sprawie. Niektórzy sędziowie (jak Antonin Scalia i Clarence Thomas) są dość przewidywalni, lecz niektórzy (jak Anthony Kennedy) są uważani za tzw. “swing votes” – zależnie od konkretnej sprawy potrafią przyłączyć się do jednej lub drugiej strony barykady. Dlatego trudno jest przewidzieć decyzje Sądu w bardziej kontrowersyjnych kwestiach.
Nawet sędziowie często w ostatnim momencie dowiadują się czy są w większości, czy też w mniejszości. Wyjaśnia to fakt, że czasami zdania odrębne (“dissents”) są bardzo obszerne i wręcz wyglądają jakby były pisane jako opinie większości, jednak ze względu na wynik głosowania takiej roli pełnić nie mogły. Warto zaznaczyć, że pod opinią większości – czyli wiążącą decyzją sądu – nie podpisuje się cały skład, lecz jedynie ci spośród sędziów, którzy się z nią zgadzają.
W sytuacji takiego podziału ideologicznego w składzie Sądu możliwe są dwie podstawowe strategie orzecznicze: (1) na siłę szukać kompromisu dążąc do jednomyślności lub (2) budować większość, nawet jeśli tylko 5-4. Czytaj dalej >>
Problem niezgodności z prawem prawomocnych orzeczeń
Jakiś czas temu czytelnik zwrócił moją uwagę na problem poważnych ograniczeń w stosowaniu skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia sądu w przypadku sądów administracyjnych i Naczelnego Sądu Administracyjnego w szczególności. Temat wydał mi się interesujący, więc chciałbym mu trochę uwagi poświęcić.
Wydaje się, że miłościwie nam panujący ustawodawca przekonany jest o nieomylności sądów. Nie budzi chyba jednak kontrowersji teza, że sądy mimo wszystko nieomylne nie są. Pytanie, czy z faktu, że każdy sąd może wydać orzeczenie z jakiegoś powodu błędne, wynika, że od każdego orzeczenia powinna przysługiwać możliwość odwołania. Trudno sobie taki stan wyobrazić, gdyż oznaczałoby to w praktyce, że “sprawy” nigdy by się nie kończyły. A to z kolei uniemożliwiłoby realizowanie podstawowych funkcji prawa – bo po co komu prawo, którego nie można skutecznie i definitywnie dochodzić?
Czasami jednak zdarza się, że orzeczenie sądu jest nie tylko błędne w oczach jednej ze stron, ale jest wręcz niezgodne z prawem. Co więcej, skutkiem takiego orzeczenia może być dotkliwa szkoda poniesiona przez obywatela. Sprawiedliwe wydaje się, żeby taka szkoda była naprawiona (oczywiście pojawia się problem, dlaczego to podatnicy mają ponosić ciężar naprawiania szkód wyrządzonych przez konkretnych urzędników/sędziów/polityków – niepotrzebne skreślić). Polskie postępowanie przed sądami administracyjnymi drogę do naprawienia takich szkód w kilku przypadkach niestety zamyka. Czytaj dalej >>
Oryginalizm jako koncepcja wykładni konstytucji
Zachęcam do lektury tekstu referatu przedstawionego przeze mnie na XIX Zjeździe Katedr Teorii i Filozofii Państwa i Prawa w Jastrzębiej Górze.
ABSTRAKT
Zaledwie trzydzieści pięć lat temu narodził się w Stanach Zjednoczonych nurt na gruncie konstytucjonalizmu i teorii prawa, którego celem było “przywrócenie Amerykanom utraconej Konstytucji” (R. Barnett). Podstawową intuicją tego nurtu było przekonanie, że sędziowie nie mają władzy, by decydować o zmianie znaczenia przepisów konstytucji, które to znaczenie raz ustalone w momencie uchwalenia zmienione może być jedynie w formalnym procesie poprawek. Nurt ten przyjął nazwę oryginalizmu i jest dziś jednym z najgłośniej dyskutowanych tematów wśród amerykańskich akademickich prawników. Początkowo oryginalizm miał postać swoistej statycznej wykładni celowościowej, lecz pod wpływem krytyki z czasem przyjął formę statycznej wykładni językowej wspieranej wykładnią dynamiczną. Najbardziej teoretycznie zaawansowaną prezentacją oryginalizmu jest obecnie “Semantic Originalism” L. Soluma i on będzie stanowić podstawę mojego wystąpienia.
Amerykańskie spory o wykładnię konstytucji – prezentacja
Po dłuższej nieobecności na tym blogu (za którą się kajam), powracam z tematem, który jest mi obecnie szczególnie bliski, i o którym będę pisał znacznie więcej po polsku i po angielsku.
Tym razem chciałbym polecić prezentację “Amerykańskie spory o wykładnię konstytucji”, która towarzyszyła mojemu referatowi na seminarium z teorii prawa prof. Tomasza Staweckiego na WPiA UW. Czytaj dalej >>
Przeciwko tanim miejscom parkingowym
W powszechnym postrzeganiu problemów z którymi borykają się mieszkańcy miast jako dogmat przyjmowane jest, że drogi są złe i miejsc parkingowych dla samochodów jest za mało. Są tacy, którzy wręcz rozbudowaną infrastrukturę drogową traktują jako swoje “prawo”. Nie jest żadną tajemnicą, że często grupy interesu posługują się pojęciem “praw im należnych”, gdy brakuje im rzeczowych argumentów, które mogłyby przekonać tych, którzy w ostatecznym rachunku za “realizację” tych “praw” będą musieli zapłacić. Tak właśnie jest w przypadku miejsc parkingowych, o czym pisze ekonomista Tyler Cowen na stronie The New York Times.
Nie jest moim celem powtarzanie ekonomicznej argumentacji przeciwko subsydiom, regulacjom ustalającym minimalne ilości miejsc parkingowych, itd. Jest to bardzo prosta ekonomia, co oczywiście oznacza, że przerasta możliwości pojmowania tzw. “opinii publicznej”. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianego artykułu Cowena.
Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że w Warszawie mamy do czynienia z patologiczną sytuacją dużej ilości tanich (niemal darmowych) miejsc parkingowych. Oczywiście, nie ma znaczenia ile wynosi cena “oficjalna”. Problemem jest jaki koszt w swojej kalkulacji ekonomincznej musi uwzględniać każdy warszawski kierowca. Pomijając kwestię abonamentów dla mieszkańców (pytanie dlaczego ktoś kto mieszka w centrum ma być z tego tytułu dotowany), jak podało ostatnio “Życie Warszawy” jedynie 3,3% niepłacących za postój dostaje mandaty, co oznacza, że nikt rozsądny za postój płacić nie powinien.
Nawet jeśli by podniesiono realne ceny parkingów miejskich (tzn. zwiększono ten śmieszny odsetek i jednocześnie zmieniono cenniki), to i tak nie rozwiązany pozostanie podstawowy problem, czyli kwestia kosztów alternatywnych takiego wykorzystania ogromnej ilości przestrzeni miejskiej, którą zajmują miejsca parkingowe. Czy ktoś w ogóle zastanawia się, ile rzeczywiście kosztuje nas Warszawa “przyjazna kierowcom”? To, że kosztów nie widać, gdyż są “ukryte” za regulacjami i wszelkiej maści subsydiami, to nie znaczy, że ich nie ma. Gdyby ktoś pokusił się o ich oszacowanie, na pewno lektura byłaby to interesująca lektura i oczywiście zostałaby całkowicie zignorowana.
Czy ktoś w ogóle zastanawia się, czy developerzy stawiający budynki w centrum Warszawy pozwoliliby sobie na stawianie przy nich parkingów, gdyby nie byli do tego zmuszeni przez regulacje prawne? To nie rynek odpowiada na popyt miejsc parkingowych i “zachęca” kierowców do dojeżdżania własnymi samochodami do centrum, co wiąże się z wypadkami, zanieczyszczeniem powietrza, zmarnowanym czasem w korkach, itd. To nie rynek jest odpowiedzialny za te “efekty zewnętrzne” (ang. externalities).
Cytując wspomnianą publikację w NYT: Za darmowe parkowanie płacą wszyscy z wyjątkiem kierowców.
