Jak podały w dniu dzisiejszym media, minister edukacji Michał Seweryński zapowiedział zmiany w systemie oświaty, mające polegać m.in. na obniżeniu do lat 5 wieku, w którym dzieci objęte są obowiązkiem szkolnym. Jest to kolejny przejaw etatystycznej mentalności kolejnej rządzącej nami ekipy.
Rzeczą podstawową jest, że edukacja powinna zostać sprywatyzowana, gdyż jedynie mechanizmy rynkowe i prawdziwa konkurencja są w stanie zagwarantować poziom i sposób nauczania adekwatny do zapotrzebowania (a nie widzimisię urzędników).
Obniżenie wieku szkonego jest ukrytą realizacją postulatu “obowiązku przedszkolnego”. Wszystkie tego typu pomysły wynikają z podstawowego schematu myślowego – obywatel jest głupi (w tym przypadku rodzic) – nie wie, co jest dobre dla jego dziecka i w związku z tym decydować o wychowaniu jego pociechy musi państwo (czyt. urzędnik). Jest to etatyzm w najczystszej postaci.
Warto zauważyć też inny postulat ministra – “obniżenie cen podręczników i zmiany w systemie ich sprzedaży” – dla każdego, kto potrafi myśleć logicznie jest to równoważne państwowej regulacji cen i dystrybucji. Oczywiste jest, że takie działanie przyniesie same straty, ale (jeśli taki pomysł zostanie zrealizowany) będziemy musieli doświadczyć tego wszyscy na własnej skórze. Jak powiedział laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, Milton Friedman: “rządy nie uczą się niczego. Tylko ludzie się uczą.”
Należy wyrazić ubolewanie, że PiS uważający się za partię konserwatywną, kroczy po ścieżce kierunku lewicowego etatyzmu, która z konserwatyzmem niewiele ma wspólnego.


Schemat myślenia jest inny. Ludzie (niewolnicy) należą do państwa, dzieci też, państwem rządzą urzędnicy (niewolnicy którzy są chwilowo nadzorcami), chyba jasne. Skoro tak to kto decyduje kiedy i co kto ma robić, oczywiście ktoś kto jest poinformowony i wtajemniczony. Trudno to rozumieć inaczej niż, rozpoczęcie wcześniejszej tresury, jak u zwierzat. Muszą być ulegli a nie stanie się im żadna krzywda, chyba że pójdą na wojnę ale taka tresura dotyczy tylko wyjątkowych.
Nie wiem, czy naprawdę urzędnicy myślą o obywatelach jako o swojej własności. Raczej jako o poddanych, za których trzeba podejmować decyzje, bo sami nie są w stanie tego zrobić.