9 Jul
2010

“Zgoda rządzonych” to fikcja

Koncepcja “zgody rządzonych” (słynne “Consent of the Governed” z Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczoych) pojawia się czasami jako rzekomy argument w dyskusji o legitymacji państwa. Pod wpływem lektury książki “Restoring the Lost Constitution” Randy’ego Barnetta (Georgetown University Law Cente) postanowiłem skompilować krótkie podsumowanie tego typu twierdzeń.

Ze “zgody rządzonych” jako podstawy legitymacji państwa ma wynikać moralny obowiązek przestrzegania prawa narzuconego przez jego funkcjonariuszy (wykonywania ich rozkazów). Zastanówmy się czy główne argumenty tego typu są skuteczne.

I. ARGUMENT Z GŁOSOWANIA

  • Jeśli głosujesz za kandydatem i kandydat ten wygrywa, zgadzasz się zarówno na to, za czym on będzie głosował, jak i przeciwko czemu będzie głosował.
  • Jeśli głosujesz przeciwko kandydatowi i kandydat ten wygrywa, zgadzasz się na wszystko za czym, lub przeciwko czemu będzie ten kandydat głosował.
  • Jeśli nie głosujesz w ogóle również zgadzasz się na rezultat procesu politycznego, jakikolwiek by on nie był.

Jak słusznie zauważa Barnett, zgoda ma sens tylko wtedy, gdy istnieje możliwość wyrażenia braku zgody. Przy argumencie z głosowania zgoda jest jedynie fikcją.

II. ARGUMENT Z PRZEBYWANIA NA TERYTORIUM

Według niektórych samo przebywanie na terytorium danego państwa oznacza milczącą zgodę na porządek prawny, który tam obowiązuje. Łatwo jednak zauważyć, że organizacja pt. “Państwo” musi najpierw mieć jakieś prawo podmiotowe, na mocy którego mogłaby domagać się od swoich poddanych posłuszeństwa lub opuszczenia określonego terytorium. Innymi słowy, musi mieć prawo, żeby domagać się zgody. A przecież, zgodnie z tym rozumowaniem, to właśnie zgoda daje państwu podstawę wszelkich jego uprawnień. Argument się więc zapętla.

Inna kwestia, że stwierdzenie “Wyrażam zgodę na to i to” jest jasnym oświadczeniem woli zgody na “to i to”. Pozostawanie na jakimś terytorium nie jest równoznaczne z oświadczeniem woli, może ono oznaczać wiele różnych motywacji, jak np. upodobanie do fauny i flory, etc. Barnett przywołuje przykład Żydów, którzy nie wyemigrowali z III Rzeszy po wejściu w życie Ustaw norymberskich. Czy sam fakt pozostawania na terytorium rządzonym przez NSDAP oznaczał zgodę na tego typu ustawodawstwo i płynący z niej moralny obowiązek jego przestrzegania?

III. ARGUMENT Z BRAKU AKCJI POLITYCZNEJ

Inni mogą stwierdzić, że rządzeni wyrażają zgodę przez powstrzymywanie się od obalenia organizacji państwowej (rewolucji), lub – w łagodniejszej wersji – od zmiany porządku konstytucyjnego w uznanej formie (poprawki, ustawy konstytucyjne). Oczywiste jest, że ten argument przemyca koncepcję zgody poprzez tyranię większości, gdyż niewystarczająco liczebna grupa (nie mówiąc o jednostkach) nie ma możliwości wyrazić “braku zgody” przyjmując takie kryteria.

Barnett pyta, czy rzeczywiście chcemy przyjąć koncepcję zgodnie z którą zgodę na posłuszeństwo wobec silniejszego wyraża się przez sam fakt braku fizycznego oporu?

IV. ARGUMENT Z PRZYZWOLENIA

Czasami mówi się, że wszelkie rządy opierają się na przyzwoleniu rządzonych. Trudno temu zaprzeczyć. Praktycznie niemożliwa jest sytuacja, żeby organizacja państwowa mogła się utrzymać w sytuacji faktycznego oporu większości, jeśli nie wszystkich, rządzonych. Czy przyzwolenie na funkcjonowanie określonego porządku prawnego, inaczej mówiąc – uznanie jego istnienia, jest wystarczające do tego, żebyśmy mogli mówiąc o moralnym obowiązku do postępowania zgodnie z jego normami?

Odpowiedź twierdząca oznaczałaby popadnięcie w błąd naturalistyczny. Z tego, że ludzie stosują się zwykle do przepisów prawa, nie wynika, że powinni to robić (mowa o obowiązku moralnym). Barnett zwraca uwagę, że przyzwolenie wskazywać może jedynie na funkcjonwanie “reguły uznania” (pojęcie wprowadzone do filozofii prawa przez H. L. A. Harta) określonego porządku prawnego, pozwalającej na powiedzieć: “To jest prawo”. Obowiązek prima facie przestrzegania prawa pozostaje cały czas do uzasadnienia.

5 Comments

  • Jeśli przyjąć, że terytorium państwa stanowi własność państwa to zgodę można byłoby wywodzić stąd, że właściciel ma władztwo nad rzeczą i wszystkim, co się wewnątrz tej rzeczy znajdzie.

    Jeśli trafię na teren, gdzie funkcjonują normy ustanowione przez właściciela to fakt przebywania tam można uznać za milczącą akceptację.

  • To prawda, ale teza ta jest dość karkołomna, gdyż najpierw trzeba wykazać dlaczego korporacja pt. “państwo” ma prawo własności do “swojego terytorium”. Jeśli mówimy o normatywnej teorii, to taki feudalizm musi mieć jakieś uzasadnienie inne niż “bo tak”.

  • Jeśli (doktrynalnie a nie w odniesieniu do konkretnego systemu) uznamy za własność nieograniczone władztwo nad rzeczą, to suwerenność terytorialną państwa można próbować podciągnąć pod władztwo nad nieruchomością.

    Jeśli idzie o libertariańskie kryteria nabycia własności – też można próbować wywodzić jakieś pierwotne zawłaszczenie terytorium w zamierzchłej przeszłości i legalistyczną (grubymi nićmi szytą co prawda) sukcesję.

    Tak się nawet zastanawiam, czy koncepcja państwa jako właściciela własnego terytorium nie byłaby w jakiś sposób dla doktryny libertariańskiej oczyszczająca.

  • Ale w jaki sposób miałoby to być oczyszczające? Moja intiucja jest taka:

    (Założenie 1) Obowiązuje rothbardiańska etyka.
    (Założenie 2) Państwo prawowitym właścicielem terytorium.
    (Konsekwencja 1) Praktycznie wszystko, co państwo na swoim terytorium robi ma etyczną legitymację. Mogłoby to oznaczać bardziej radykalną formę feudalizmu.

  • W założeniu nr 2 zamiast państwa może być dowolny podmiot i konsekwencja jest taka sama (w przypadku osoby fizycznej będzie to feudalna monarchia). Można uznać, że problem nie tyle dotyczy państwa, co znacznej koncentracji terytorialnej i faktycznego oligopolu właścicieli ziemskich.

    Doktrynalne konsekwencje takiej optyki mogłyby być dość ciekawe: znika granica pomiędzy status quo a postulowanym wolnym rynkiem, wolny rynek istnieje tu i teraz, a to co chcą zmienić libertarianie to nie tyle reguły gry, co układ figur na szachownicy (rozpad wielkich, słoniowatych graczy).

    Instynkt podpowiada, że rozwój organizacji ludzkich to pewne kontinuum. Libertarianizm zdaje się proponować wyrazistą granicę, która mi to kontinuum trochę zbyt mocno zaburza :)

So, what do you think?